piątek, 6 stycznia 2017

Epilog

Miłość to nie tylko wyznanie drugiej osobie, że się ją kocha. Słowna deklaracja to dopiero początek, po którym przychodzi czas na to, aby to uczucie okazywać. Codziennie, w każdej sytuacji zwykłego życia. Nie wystarczy powiedzieć komuś, że się go kocha, żeby go przy sobie zatrzymać. Przekonałam się o tym wiele razy w ciągu ostatniego roku. Zrozumiałam również, że nie jest łatwo być w związku, a przecież mogłoby się wydawać, że mam to opanowane do perfekcji, skoro tylko niewielką część dorosłego życia spędziłam jako singielka. Rzecz w tym, że nigdy nikogo nie kochałam tak jak Michiego i nigdy na nikim nie zależało mi tak jak na nim. Nie mogę powiedzieć, że życie z nim wygląda jak w bajce, w której wszystko zawsze idealnie się układa. Na początku wyobrażałam sobie, że tak właśnie będzie, ale rzeczywistość szybko dała o sobie znać. A mnie to wcale nie przeszkadzało i nie przeszkadza do tej pory. Uwielbiam to, że Michi ma w każdej kwestii swoje zdanie, często różne z moim. Uwielbiam to, że czasem się kłócimy, tylko po to, żeby chwilę później móc pocałować się na zgodę. Uwielbiam to, że bycie z nim wymaga ode mnie wyrzeczeń i poświęceń. Uwielbiam to wszystko, bo dzięki temu wiem, że nasz związek żyje i że mój partner nie jest pozbawionym emocji posągiem, jakiego czasem przypominał Lucas, ale prawdziwym mężczyzną, który jest ze mną, bo mnie kocha, a nie dlatego, że przynosi mu to materialne korzyści.
Wiele się zmieniło w ciągu ostatniego roku. Wiedeń przestał być moim ukochanym miastem, a zaczął kojarzyć się z pustym mieszkaniem, które czekało na mnie za każdym razem, gdy wracałam od Michiego. Z ojcem, który pomimo swoich wcześniejszych deklaracji nie umiał, a nawet nie chciał zaakceptować mojego związku z kimś zajmującym się tak niepoważną profesją, za jaką uważał skoki narciarskie. Z mamą, która nie potrafiła stanąć w tym sporze po mojej stronie i spróbować przekonać ojca do Michaela. Ze znajomymi, dla których moje porzucenie narzeczonego-lekarza dla sławnego sportowca stało się sensacją roku. Po zakończeniu sezonu zimowego, w trakcie którego Michiemu udało się ponownie wygrać Turniej Czterech Skoczni, zdobyć tytuł Mistrza Świata oraz wywalczyć Kryształową Kulę, podjęłam ostateczną decyzję o przeprowadzce do Linzu. Nie tylko dlatego, że od tej pory to tam Michi miał spędzać większość czasu na treningach. Miałam już dość ojca, który, dowiedziawszy się o zarobkach mojego ukochanego, zupełnie niespodziewanie zaprosił nas na kolację oraz znajomych, którzy z podobnych względów już od dłuższego czasu stawali się coraz bardziej natarczywi z telefonami i wiadomościami – jedna koleżanka ze studiów spytała nawet nieśmiało, czy nie zechciałabym w jej imieniu poprosić Michiego, aby został ojcem chrzestnym jej nowo narodzonego synka. Moje życie było dużo lepsze, kiedy przebywałam w Linzu. Miałam tam Leah, wprawdzie bardziej niż zwykle zajętą Andreasem, odkąd zakończył karierę i wziął z nią ślub, ale zawsze gotową znaleźć dla mnie trochę czasu, rodziców Michiego, którzy traktowali mnie jak rodzoną córkę, no i samego Michiego, z którym nienawidziłam się rozstawać. Właśnie dlatego opuściłam Wiedeń bez większego żalu. Teraz, gdy mieszkam u Michaela, nie rozstajemy się praktycznie wcale. Jego mieszkanie wprawdzie nie jest tak przytulne jak moje, ale nie narzekam na nie, bo wyprowadzka z niego to tylko kwestia czasu – nasz nowy dom, który urządzę całkowicie po swojemu, już zaczął się budować na przedmieściach Linzu, niedaleko domu Leah i Andreasa oraz znacznie bliżej domu rodziców Michiego niż apartament w centrum miasta.
Czasem jednak wracam do Wiednia pod mniej lub bardziej ważnymi pretekstami. Tak jak teraz, kiedy przyjechałam tu po to, aby ostatecznie załatwić sprawy związane ze sprzedażą mojego mieszkania, chociaż równie dobrze mogłam zrobić to na odległość. Jestem wdzięczna Michiemu, że nie ma mi za złe sentymentów i że zazwyczaj towarzyszy mi w tych krótkich odwiedzinach. Tym razem również przyjechał do Wiednia ze mną. Co więcej, sam namówił mnie na przechadzkę po ogrodach Pałacu Schönbrunn. O dziwo, nie roi się w nich od turystów, chociaż dzień jest piękny. Promienie majowego słońca przyjemnie muskają skórę na moich odkrytych ramionach, podobnie jak płatki róż kwitnących na bujnych krzewach. Przechadzając się między nimi wdycham ich zapach, który kojarzy mi się z dzieciństwem. To tutaj w wolnych chwilach przychodziłam z mamą. Uwielbiałam chować się przed nią w labiryntach i innych zakamarkach ogrodu. Przed Michim nie mam zamiaru uciekać. Ściskam jego dłoń, żeby uniemożliwić ucieczkę również jemu, chociaż wiem, że nie ma zamiaru jej podejmować. A raczej wiedziałabym w każdej innej sytuacji, bo teraz, gdy patrzę w jego od rana zamyślone oblicze, ogarniają mnie wątpliwości.
— Michi, wszystko w porządku? — pytam wreszcie, kiedy orientuję się, że w ogóle nie słucha mojej opowieści o nieszczęśliwym życiu cesarzowej Sissi.
Robi jeszcze dwa kroki naprzód, nim zauważa, że ja stoję w miejscu. Odwraca się w moją stronę ze zdezorientowaniem wymalowanym na twarzy.
— Słucham? Mówiłaś coś?
Przewracam oczami, bo nie mogę się powstrzymać przed okazaniem irytacji. Chwilę później czuję z tego powodu wyrzuty sumienia, dlatego pytam:
— O czym tak rozmyślasz?
— O niczym — odpowiada, tym razem natychmiast.
Nie mam ochoty na taką rozmowę. Posyłam mu pobłażliwe spojrzenie, po czym mijam go, kierując się w stronę pergoli porośniętej różami.
— Daj znać, jak zechcesz normalnie pogadać — dodaję na odchodnym.
W cieniu pergoli wdycham chłodniejsze powietrze. Nie lubię, kiedy ukrywa przede mną swoje problemy i nie lubię też naciskać na niego, żeby mi je wyjawił. Boję się, że teraz znów może chodzić o Stefana, z którym w ostatnim czasie nie dogaduje się najlepiej. Kraftowi ciężko jest przyjaźnić się z Michim, odkąd ten jest ze mną, natomiast Michi nie przyjmuje tego wiadomości i robi wszystko, aby tę przyjaźń kontynuować. Wspieram go przy tym, jak mogę, ale czasem po prostu mam dość. Stefan widzi we mnie rywalkę i z tego powodu nie potrafię żywić do niego pozytywnych uczuć. To trudne doradzać Michiemu, w jaki sposób może ratować tę przyjaźń, podczas gdy w głębi duszy chciałabym, żeby się skończyła.
Słyszę, że idzie za mną, dlatego zwalniam kroku, dając mu szansę, aby mnie dogonił.
— Lisa... — Niespodziewanie łapie mnie za rękę.
Odwracam się z nadzieją, że przemyślał sprawę i zechce ze mną porozmawiać. Jestem zaskoczona, kiedy mój wzrok nie napotyka jego twarzy na tym samym poziomie co zawsze. Mija dłuższa chwila, nim orientuję się, że to dlatego, że klęczy przede mną na jednym kolanie, jedną dłonią wciąż ściskając moją rękę, a w drugiej trzymając czerwone pudełeczko.
— O Boże... — to jedyne, co jestem w stanie wydusić ze ściśniętego gardła.
Na chwilę wypuszcza z uścisku moją dłoń i otwiera pudełeczko, a wtedy moim oczom ukazuje się najpiękniejszy pierścionek, jaki w życiu widziałam. Jest wąski, wykonany z białego złota, a na jego środku umieszczony jest mały brylant. Skromny, ale właśnie ze względu na ten minimalizm taki gustowny. Jak sam Michi kiedyś określił, doskonale pasujący do mojej dłoni. Po prostu idealny.
— Liso Meyer, czy zechcesz zostać moją żoną?
Jego pytanie zadane drżącym głosem wyrywa mnie z zamyślenia. Patrzę na niego, na mężczyznę będącego miłością mojego życia, który teraz jest zdenerwowany bardziej niż przed oddaniem skoku w drugiej serii konkursu mistrzostw świata i zastanawiam się, jak to jest możliwe, że w ogóle ma jakieś wątpliwości co do tego, jak będzie brzmiała moja odpowiedź.
— Tak — mówię bez chwili zastanowienia.
Szeroki uśmiech natychmiast rozjaśnia jego twarz. Podrywa się z ziemi i nim zdążę się zorientować w sytuacji, całuje mnie namiętnie.
— Kocham cię — wyznaje pomiędzy pocałunkami.
— Ja ciebie też — odpowiadam.
Zakłada pierścionek na mój palec dopiero po chwili, a potem kontynuuje przerwany pocałunek. Moje stopy twardo stoją na ziemi, a mimo tego czuję, jakbym ze szczęścia unosiła się w powietrzu. Najpiękniejsze miejsce w moim ukochanym mieście, różana pergola odgradzająca nas od całego świata i prześliczny pierścionek – oświadczyny Michiego nie mogły być bardziej idealne. Delikatnie odsuwam się od niego i głaszczę jego policzek.
— Jesteś cudowny — mówię, a uśmiech, jaki te słowa wywołują na jego twarzy, jest jeszcze piękniejszy niż pierścionek, który przez chwilą dostałam. — Od jak dawna to planowałeś?
— Od bardzo dawna — odpowiada z lekkim zakłopotaniem. — Chciałem to zrobić już ostatnio, gdy jechałaś do Wiednia, ale pogoda była paskudna i wiedziałem, że nie dasz się namówić na spacer.
Wybucham śmiechem, dzięki czemu Michi nieco się rozluźnia. Wciąż jest jednak mocno przejęty i zdenerwowany.
— Przestań się już tak stresować — ganię go żartobliwym tonem.
— Łatwo ci powiedzieć, skoro masz już doświadczenie w zaręczynach. To mój pierwszy raz, pamiętasz?
— A pamiętasz, że dla mnie tamten raz już się nie liczy? Zresztą i tak przebiłeś Lucasa – nie mogłabym sobie wyobrazić lepszych oświadczyn.
— Cieszę się. Ale to dopiero początek niespodzianek — mówi z szelmowskim uśmiechem.
— Tak? A co jeszcze zaplanowałeś?
Nie otrzymuję odpowiedzi na to pytanie. Michi chwyta moją dłoń i rusza w stronę wyjścia z pałacowych ogrodów. Przez chwilę mu się opieram, chcąc, żeby zdradził mi tajemnice już teraz, ale on okazuje się silniejszy. Dlatego przyspieszam kroku i zrównuję się z nim. Przemierzamy ścieżkę razem, przytulając się do siebie. Ku niespodziankom i ku naszej wspólnej przyszłości.

KONIEC

*

 Może na początek, zanim całkiem się rozpłaczę, opowiem Wam coś o początkach tej historii. To był koniec zimy 2015 roku. Miałam szesnaście lat i przeżywałam pisarski zastój. Byłam też wtedy totalnie zakochana w Michim i każdą wolną chwilę poświęcałam na snucie opowieści miłosnych z nim i ze mną w rolach głównych. Szukałam w internecie jakichś fan fiction o nim, ale nie znalazłam wtedy nic ciekawego, więc stwierdziłam, że nie ma innego wyjścia - muszę zacząć pisać własne. Tak też zrobiłam. Połączyłam zauroczenie z pasją i w ten oto sposób powstał początek Ciepła twoich słów. Napisałam prolog, rozdział pierwszy i początek drugiego i na tym się skończyło. Do pisania wróciłam dopiero latem, już sama nie pamiętam, dlaczego, bo przecież ze skokami lato ma niewiele wspólnego. Po długich rozmyślaniach założyłam bloga i zaczęłam spędzać długie godziny na rozsyłaniu linka do niego oraz na czytaniu Waszych opowiadań. Teraz, po niespełna półtora roku, mogę stwierdzić, że tamtego lipcowego dnia podjęłam jedną z najlepszych decyzji w całym moim życiu. Poznałam niesamowite osoby, od których usłyszałam masę miłych słów i które utwierdziły mnie w przekonaniu, że pisanie to właśnie to, co chcę robić w życiu. Dziękuję Wam za to, że byłyście tu ze mną przez cały ten czas, dodawałyście motywacji i wspierałyście w gorszych chwilach. Bywały momenty, kiedy czytając Wasze komentarze po prostu płakałam ze wzruszenia. Na samym początku mówiłam, że piszę to opowiadanie tylko i wyłącznie dla siebie, ale potem to się zmieniło. Zaczęłam pisać również dla Was, czasem nawet bardziej niż dla samej siebie. To miała być tylko prosta historia, którą będzie się pisało łatwo i przyjemnie, a skończyło się na tym, że włożyłam w nią całe swoje serce i zostawiłam w niej spory kawałek siebie.
Szczególne podziękowania chciałabym skierować do Annie Kannie - za wszystkie Twoje komentarze, które czytałam po kilka razy, za rozmowy na Twitterze i Facebooku, które sprawiają, że czuję się lepiej nawet w ciężkich momentach, za całe wsparcie, jakiego mi udzielasz, za motywacyjne kopy i w ogóle za to, że weszłaś tu pewnego dnia, zostawiłaś komentarz i dzięki temu mogłam poznać najlepszą IBF, jaką tylko mogłam sobie wymarzyć; oraz do moich przyjaciółek Agaty, Agaty i Emilki, za Waszą cierpliwość do mnie nawet w momentach, gdy to opowiadanie było jedyną rzeczą, o jakiej potrafiłam z Wami rozmawiać i za wszystkie rady, jakich mi udzieliłyście.
Te cztery osoby odegrały największą rolę w tworzeniu tego opowiadania, ale gdyby nie komentarze Was wszystkich, to zabrakłoby mi motywacji do pisania pewnie gdzieś w okolicach piątego rozdziału, dlatego DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ I JESZCZE RAZ DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM ♥ Zakładając tego bloga nie miałam pojęcia, że będzie się on cieszył takim zainteresowaniem, dlatego teraz cieszę się jeszcze bardziej.
Kocham tę historię i dlatego ciężko jest mi się z nią rozstawać. Ciężko jest mi w ogóle uwierzyć w to, że to już jej koniec. Na pewno wrócę do niej niejednokrotnie i mam nadzieję, że Wy też to zrobicie. A tymczasem zapraszam Was na mojego nowego bloga, na którym już wkrótce zacznę publikować nowe opowiadanie: MELODIA PRZESZŁOŚCI. Póki co nie ma tam jeszcze pierwszego rozdziału, ale możecie zapoznać się z bohaterami i zostawiać adresy swoich blogów w zakładce Informowani.
Na koniec mam do Was małą prośbę. Czy każda z Was może zostawić pod tym postem komentarz? Nie musi być długi, wystarczy jedno zdanie wyrażające Waszą opinię o tym opowiadaniu albo zawierające refleksję odnośnie jego. Ja pisałam tutaj do Was przez półtora roku i poświęciłam na to setki godzin, dlatego będzie mi bardzo miło, jeśli Wy poświęcicie dla mnie chwilkę.
To chyba wszystko, co chciałam napisać. Nie żegnam się z Wami, ale mówię: DO ZOBACZENIA! 

niedziela, 11 grudnia 2016

Rozdział dwudziesty piąty


Już zanim otworzę oczy i przypomnę sobie wydarzenia minionego wieczoru, czuję radosne podekscytowanie. A kiedy widzę uśmiech Michiego, a potem odwzajemniam jego pocałunek, ogarnia mnie bezbrzeżne szczęście. Jednocześnie znów mam ochotę się rozpłakać, bo ciężko mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Jeszcze wczoraj o tej porze wpatrywałam się w sufit we własnym łóżku, szukając jakiegokolwiek powodu, dla którego miałabym wstać i rozpocząć kolejny beznadziejny dzień, a teraz budzę się w ramionach – już nie boję się tego powiedzieć – miłości mojego życia i nie potrzebuję niczego – wystarczy mi, że on jest przy mnie. Jednak najcudowniejsze w tym wszystkim jest to, że wiem, że on czuje do mnie to samo.
— Uwielbiam cię, kiedy jesteś taka — mruczy w moje usta pomiędzy pocałunkami.
— Taka, to znaczy jaka? — pytam z niekrytą ciekawością.
Odsuwa się na niewielką odległość, żeby móc na mnie spojrzeć.
— Taka zaspana, w mojej koszulce, w moim łóżku, w moich ramionach, taka... po prostu moja.
Rozczula mnie tymi słowami jeszcze bardziej, chociaż myślałam, że to już niemożliwe. Wyciągam dłoń do jego twarzy i głaszczę go po policzku. Mogłabym to robić przez cały dzień i jestem pewna, że nie znudziłoby mi się to.
— Będę twoja już zawsze — mówię. I choć robię to pod wpływem chwili, to nie jest to płonna obietnica.
Nie odpowiada. Nie musi odpowiadać. Gdy uśmiecha się w taki sposób jak teraz, wszystkie słowa są zbędne. A ja czuję, że mogłabym zrobić dla niego wszystko, byleby tylko móc patrzeć na ten uśmiech przez cały czas. Niestety, trochę mi to uniemożliwia, kiedy ponownie mnie do siebie przytula. Nie narzekam jednak. Wdycham zapach jego skóry i po prostu cieszę się chwilą.
— Możemy spędzić tak cały dzień? — pytam cicho.
Śmieje się, ocierając się policzkiem o moje czoło. Jednocześnie odnajduje pod kołdrą moją dłoń i splata swoje palce z moimi.
— Skarbie, z wielką chęcią, ale sama dobrze wiesz, że zaraz zaczniesz narzekać, że jesteś głodna, albo że po prostu za ciepło ci pod kołdrą.
Wzdycham ze zrezygnowaniem, ale też i rozbawieniem. Ma rację.
— Cieszę się, że tu jesteś — dodaje po chwili. — Nie masz pojęcia, jak bardzo.
— Mam pojęcie, bo jestem tak samo szczęśliwa jak ty — odpowiadam.
Nigdy nie sądziłam, że zwykłe leżenie w łóżku u boku mężczyzny będzie sprawiało mi tyle przyjemności. Że pewnego dnia obudzę się o poranku i będę szczęśliwa już zanim otworzę oczy. Ale nigdy nie przypuszczałam też, że spotkam kogoś takiego jak Michi, kogo obdarzę takim uczuciem. Myślałam, że Lucas to wszystko, co mogę dostać od losu i nie oczekiwałam niczego więcej. Michael pojawił się właściwie w ostatniej chwili, żeby wydostać mnie z tego życiowego marazmu. Co tu dużo mówić, uratował mnie od przykrości związanych z nieudanym małżeństwem i zaoferował w zamian dużo więcej – prawdziwą miłość.
Nie wiem, ile czasu ostatecznie spędzamy w ten sposób, ale to Michi pierwszy stwierdza, że już wystarczy i najwyższa pora zjeść jakieś śniadanie. Chcę pomóc mu w jego przygotowaniu, ale upiera się, że przyniesie mi gotowy posiłek do łóżka. Kilka jego pocałunków wystarczy, żeby przekonać mnie do tego pomysłu.
Kiedy on odchodzi do kuchni, ja wymykam się do łazienki. Michi przyniósł wieczorem moje rzeczy z auta, ale nie zmieniam jego koszulki na własne ubrania. Również w czasie szybkiego prysznicu używam jego żelu do mycia. Kiedy to robię, mam wrażenie, że stoi w kabinie ze mną i żałuję, że nie namówiłam go, żeby do mnie dołączył. Ale to nic straconego – mamy całe życie, żeby to nadrobić. Uśmiecham się na tę myśl.
Po wyjściu z łazienki zamierzam wrócić do łóżka, ale powstrzymują mnie przed tym głosy docierające z kuchni. Początkowo wydaje mi się, że Michi po prostu rozmawia z kimś przez telefon, ale po chwili orientuję się, że należą do dwóch różnych osób. Wiedziona ciekawością, postanawiam zlekceważyć prośbę Michiego i przekonać się, kto złożył mu wizytę.
Chyba nie powinnam być zaskoczona tym, że kiedy wchodzę do kuchni, moim oczom ukazuje się Stefan. Jego natomiast mój widok wprawia w wyraźne zdziwienie. Milknie wpół słowa, a następnie przygląda mi się uważnie, obrzucając spojrzeniem z góry na dół, jak gdyby chciał się przekonać, czy to na pewno ja.
— Cześć, Stefan — odzywam się pierwsza, żeby ułatwić mu zadanie.
— Dzień dobry, Liso — odpowiada szybko, chcąc ukryć swoje zmieszanie.
Przenosi wzrok na Michiego, unosząc przy tym jedną brew w pytającym geście i dając mu do zrozumienia, że oczekuje wyjaśnień.
Nic nie poradzę na to, że czuję w tej chwili satysfakcję. Stefan triumfował nade mną w mało przyjemny dla mnie sposób, więc mam teraz prawo do niewinnej zemsty. Podchodzę do Michiego i przytulam się do niego, mając świadomość, że Stefan bacznie się temu wszystkiemu przygląda. Ku mojemu zadowoleniu, Michael nie pozostaje bierny – najpierw obejmuje mnie ramieniem, a chwilę później całuje w czubek głowy. Nie muszę patrzeć na Krafta, żeby wiedzieć, że dusi w sobie wściekłość.
— Mogłeś mi powiedzieć, że nie jesteś sam — przerywa kłopotliwe dla siebie milczenie.
— Mogłeś dać znać, że przyjdziesz — odpowiada Michi.
Słyszę nieprzyjemny trzask kości, kiedy Stefan nerwowym ruchem splata dłonie i wygina palce.
— Przez ostatni miesiąc moje niezapowiedziane wizyty z zakupami nie sprawiały ci problemu. Nie sądziłem, że w ciągu dwóch dni coś się mogło w tej kwestii zmienić. — W jego głosie nie ma gniewu, obecny jest w nim raczej jakiś smutny zarzut.
Z każdym kolejnym jego słowem zaczynam żałować tego, że zachciało mi się tej demonstracji uczuć. Uświadamiam sobie, jak bardzo musiała ona zaboleć Stefana i robi mi się z tego powodu głupio. Nie lubię go i wiem, że słusznie jestem o niego zazdrosna, ale to nie zmienia faktu, że nie zasługuje na to, aby cierpieć, bo w tym czasie, kiedy mnie nie było, to on troszczył się o Michiego i był przy nim, kiedy potrzebował wsparcia. Gdyby nie on, być może nie miałabym do kogo się teraz przytulać. W ogóle, gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj, bo przecież to właśnie rozmowa z nim była dla mnie impulsem do działania. Powoli zaczyna do mnie docierać, że miłość Stefana do Michiego jest dużo większa od mojej, bo ja nie byłabym w stanie poświęcić swojego szczęścia po to, aby on mógł być szczęśliwy z kimś innym.
— Przecież nie powiedziałem, że to jest dla mnie problem, że przyszedłeś teraz — Michael polubownym tonem próbuje uspokoić przyjaciela. Na twarz przybiera spokojny uśmiech, czuję jednak, że robi się spięty.
Widać po Stefanie, że się waha. Przeciera twarz dłonią i wygląda przy tym na bardzo zmęczonego. Zaczyna mi się go robić żal.
— I tak nie chcę wam przeszkadzać — mówi wreszcie, siląc się przy tym na coś, co w jego zamierzeniu zapewne miało wyglądać jak uśmiech, a w ostatecznej wersji bardziej przypomina grymas obrzydzenia.
Teraz to Michael nie jest pewien, co powinien odpowiedzieć. Jasne jest to, że Stefan mimowolnie będzie nam przeszkadzał, jeśli zostanie i wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony nie wypada tak po prostu pokiwać głową i przyznać mu rację.
— Nie przeszkadzasz nam — odpowiadam zamiast Michaela, chcąc pomóc mu wybrnąć z tej sytuacji i trochę uspokoić własne wyrzuty sumienia. Jednak moja nieszczerość wręcz razi i Stefan wcale nie kryje się z tym, że ją wyłapał, tym razem krzywiąc się umyślnie.
Telefon Michaela dzwoniący w sypialni przerywa tę niezręczną rozmowę.
— Zaraz wracam. — Michi ostrożnie odsuwa mnie od siebie i wychodzi z kuchni.
Dopiero kiedy zostaję z Stefanem sam na sam, uświadamiam sobie, jak bardzo nieodpowiednio jestem ubrana. Mam na sobie tylko koszulkę Michiego, która wprawdzie jest luźna i sięga mi niemal do połowy uda, ale nie zmienia to faktu, że pod spojrzeniem Stefana zaczynam czuć się naga. Pozornie od niechcenia krzyżuję ręce na piersiach, żeby ukryć brak stanika.
— Kiedy wczoraj z tobą rozmawiałem, nie sądziłem, że będziesz aż tak szybka — odzywa się chłodnym tonem, kiedy kroki Michiego cichną w głębi mieszania.
Bezskutecznie próbuję przełknąć gulę, która pojawia się w moim gardle. Naprawdę chciałabym jakoś pomóc Stefanowi, ale po prostu nie mogę.
— Stefan, ja go naprawdę kocham. — Mówię mu o tym, bo wiem, że choć wolałby, aby było inaczej i żebym zostawiła Michiego w spokoju, to w sytuacji, gdy i tak tego nie zrobię, fakt, że jestem szczera w uczuciach, może odrobinę go pocieszy.
— Kochasz go — powtarza kpiąco. — Ale nie przeszkadzało ci to w wodzeniu go za nos przez ostatnie pół roku i sprawieniu mu więcej bólu, niż ktokolwiek inny kiedykolwiek wcześniej.
Wzdycham ze zrezygnowaniem. Naprawdę nie musi mi o tym przypominać, bo dobrze wiem, że zachowałam się w stosunku do Michaela podle i czuję się z tego powodu źle za każdym razem, gdy o tym pomyślę.
— Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz zaakceptować to, że ze mną będzie szczęśliwy, pomimo tego, że na niego nie zasługuję.
Ta rozmowa z każdą chwilą staje się coraz bardziej niezręczna. Patrzę na wejście do kuchni, ze zniecierpliwieniem nasłuchując kroków Michaela, który niestety nie nadchodzi.
— Jeśli znowu go skrzywdzisz, będziesz miała do czynienia ze mną. — Domyślam się, że chce brzmieć groźnie, ale nie udaje mu się to. W jego drżącym głosie słychać tylko smutną niemoc.
— Obiecuję ci, że tego nie zrobię — odpowiadam pewnie. — I dziękuję ci za to, co mi wczoraj powiedziałeś. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie ty.
Uśmiecha się sarkastycznie, ale jego oczy pozostają smutne.
— Nie zrobiłem tego dla ciebie — mówi i jest przy tym tak chłodny, że po moim ciele przebiega nieprzyjemny dreszcz.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Tym szczerym wyznaniem wprawia mnie w zażenowanie. Chciałabym mieć mu za złe to, że jest taki oziębły, ale nie potrafię, bo rozumiem, dlaczego tak się dzieje i jestem pewna, że na jego miejscu zachowywałabym się tak samo.
— Pójdę już — oznajmia po chwili. — Pożegnaj ode mnie Michiego.
Kiwam mu głową na pożegnanie. Nie odprowadzam go do drzwi, bo to nie moje mieszkanie, a poza tym wydaje mi się, że on tu się czuje bardziej jak u siebie niż ja. A przynajmniej czuł się tak, zanim się pojawiłam.
Czuję ogromną ulgę, kiedy znika. Jego obecność zaczynała mi ciążyć nie tylko przez mój brak bielizny, ale też przez te wszystkie niewypowiedziane słowa, które wisiały między nami w powietrzu i z których oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę.
Michi wraca chwilę po jego wyjściu. Rozgląda się po kuchni dezorientowanym wzrokiem zupełnie tak, jakby myślał, że Stefan gdzieś się schował i zaraz wyskoczy z najmniej oczywistego miejsca.
— Prosił, żebym cię od niego pożegnała. Chyba jednak trochę mu się spieszyło. — Dodaję to drugie zdanie po to, aby podnieść Michiego na duchu. Niepotrzebnie. Dobrze wiem, że on wie, że sama nie wierzę w to, co mówię.
— Pewnie tak — odpowiada mimo tego.
Uśmiecha się w tak smutny sposób, że zaczynam żałować, że nie zatrzymałam Stefana. Przytulam go, mając nadzieję, że to poprawi mu humor.
— Wiesz, trochę się o niego martwię — wyznaje po chwili milczenia. — Dziwnie się zachowuje w ostatnim czasie, szczególnie po tym zerwaniu z Marisą. Czasem mam wrażenie, że... — urywa, popadając w zamyślenie. Cierpliwie czekam, aż zbierze myśli, ale gdy to się dzieje, dodaje tylko — nieważne.
Nie dopytuję. Mam dziwne wrażenie, że doskonale wiem, o czym chciał powiedzieć i dlaczego jednak tego nie zrobił.
— Kto dzwonił? — zmieniam temat, domyślając się, że to właśnie tego najbardziej teraz potrzebuje.
Nie mylę się. Michi od razu się ożywia, a wspomnienie odwiedzin Stefana powoli zaczyna odchodzić w zapomnienie.
— Moja mama. Zaprosiła nas na obiad.
— Nas?
Kiwa głową z wyraźnym zadowoleniem.
— Na początku zapraszała tylko mnie, bo nie chciała, żebym niedzielne popołudnie spędzał sam, ale kiedy powiedziałem, że mam towarzystwo, stwierdziła, że tym bardziej muszę przyjechać i koniecznie zabrać cię ze sobą. Chyba nie odmówisz, co? — Przyciąga mnie do siebie i pozornie niechcący muska palcami okolice moich ud, do których sięga jego koszulka.
— Twojej mamie? Nie śmiałabym — odpowiadam przekornie.
Michi uśmiecha się szelmowsko, a sekundę później wsuwa dłonie pod T-shirt, który mam na sobie, zaciskając je lekko na moich nagich pośladkach. Tym razem w jego geście nie ma nic niewinnego i nieumyślnego.
— A co ze mną? — mruczy, dociskając mnie do siebie jeszcze bardziej.
— Nigdy nie potrafiłam oprzeć się twojemu urokowi, wiesz o tym — mówię cicho, zbliżając swoje usta do jego ust.
Przymyka oczy i bierze głęboki wdech. Mówiłam już, że uwielbiam sposób, w jaki reaguje na moją bliskość?
— Jeśli zaniosę cię teraz do łóżka, to już nigdy nie zjemy tego śniadania. — Zachowanie jasności umysłu kosztuje go wiele wysiłku, o czym świadczy podłużna zmarszczka widoczna na jego czole.
— Kto powiedział, że musisz zanieść mnie do łóżka? — pytam, posyłając mu filuterne spojrzenie, którego efekt wzmacniam przygryzając dolną wargę.
Nie zastanawia się długo. Całuje mnie żarliwie i unosi tak, abym oplotła nogami jego biodra, a następnie sadza na skraju kuchennego blatu. Nie ogranicza się z pocałunkami tylko do moich ust – składa je także na szyi i w zagłębieniach obojczyków.
— Ładnie pachniesz — mruczy. — Ale nie przypominam sobie, żebym pozwalał ci używać moich kosmetyków.
— Następnym razem możesz się wykąpać ze mną i przypilnować, żebym używała własnych — odgryzam się.
— Na pewno skorzystam z tej propozycji.
Nie mówi już nic więcej, bo dbam o to, żeby jego usta miały inne zajęcie. Nie potrafiłabym zresztą prowadzić z nim rozmowy w momencie, gdy błądzi dłońmi po całym moim ciele, szczególną uwagę poświęcając piersiom i przez to sprawiając, że drżę z rozkoszy, już zanim zsunie bokserki.
Nie przejmuję się tym, że skraj blatu wbija się boleśnie w dół moich pleców, a jego zimno drażni moją rozgrzaną skórę. Skupiam się na Michim – na drżeniu jego rąk, żarliwości pocałunków i wreszcie na sposobie, w jakim się we mnie porusza. Kochaliśmy się już wiele razy, a mimo tego to wciąż jest tak samo ekscytujące jak za pierwszym. Z nim wszystko jest takie świeże i pociągające, zaczynając od niewinnego pocałunku, a na seksie w kuchni kończąc. Nie potrafię teraz zrozumieć, w jaki sposób wytrzymałam te dwa miesiące bez jego bliskości. Nie jestem też w stanie wyobrazić sobie tego, że nagle znów miałoby mi zabraknąć jego dotyków, pocałunków i szeptów, którymi wypowiada najczulsze słowa. Takie myśli sprawiają, że kiedy już po wszystkim tuli mnie do siebie, nie potrafię odegnać łez, które gromadzą się pod moimi powiekami, a później spływają po policzkach, zostawiając na nich mokre ślady. Michi reaguje na ich widok w sposób, jakiego bym się nie spodziewała.
— Wszystko w porządku? Coś cię bolało? — W jego oczach na miejscu ekscytacji natychmiast pojawia się zaniepokojenie.
Rozczula mnie tym zmartwieniem, na które reaguję kolejną falą łez i głośnym łkaniem. Kręcę przecząco głową w odpowiedzi na jego drugie pytanie, nie zdając sobie sprawy z tego, że może uznać to za reakcję na pierwsze z nich.
— Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? — Niepewny wyrzut miesza się w jego głosie z troską. Wierzchem jednej dłoni ociera łzy z mojej twarzy, a drugą gładzi mnie po plecach.
— Nie o to chodzi — mówię cicho, kiedy udaje mi się odrobinę uspokoić. — Nic się nie stało.
— W takim razie co się dzieje? — pyta, niezbyt przekonany moimi niejasnymi tłumaczeniami.
— Po prostu pomyślałam o tym, jak bardzo nie chciałabym cię teraz stracić — wyznaję, walcząc z kolejną porcją łez.
Napięcie powoli go opuszcza, a na jego twarzy pojawia się uśmiech pełen niedowierzania.
— Jesteś nienormalna — stwierdza i brzmi przy tym całkiem poważnie. — Nigdzie się nie wybieram i tobie też nie pozwolę odejść. Jesteś na mnie skazana, rozumiesz?
Kiwam głową, uśmiechając się przez łzy.
— Nie myśl już o tym, co było, okej? Jestem z tobą i to jest najważniejsze — dodaje jeszcze.
Kładę twarz na jego ramieniu i rozkoszuję się dotykiem jego palców na moich plecach. Tuli mnie do siebie przez dłuższą chwilę, aż wreszcie odsuwa się delikatnie i mówi:
— Zróbmy wreszcie to śniadanie, bo umieram z głodu.
Tym razem już nie nalega na to, żebym wracała do łóżka. Razem zabieramy się za przygotowanie naleśników. Korzystamy przy tym ze składników przyniesionych ze Stefana, nie poruszamy jednak jego tematu w rozmowie.
Podoba mi się to wspólne gotowanie z Michim. To taka prosta rzecz, ale właśnie to jest w niej najlepsze. Spotykając się ukradkiem w hotelowych pokojach nie mieliśmy okazji do cieszenia się takimi zwykłymi elementami codziennego życia i dlatego radują nas one teraz podwójnie. Z tego powodu wcale nie jestem zadowolona, kiedy smażenie naleśników przerywa nam dzwonek telefonu, tym razem mojego.
Odnajduję go w torebce porzuconej na komodzie przy drzwiach wejściowych do mieszkania. Wyciągam go z niej z postanowieniem odrzucenia połączenia i powrotu do Michiego, ale zmieniam plany, kiedy na wyświetlaczu widzę zdjęcie Leah.
— Mam nadzieję, że nie dajesz znaku życia dlatego, że uprawiasz gorący seks z Michaelem, a nie dlatego, że z rozpaczy po odrzuceniu postanowiłaś się zabić — zaczyna mówić, zanim ja skończę wypowiadać swoje „halo”.
Śmieję się głośno i od razu wybaczam jej to, że zakłóciła mi ten uroczy poranek spędzany z ukochanym.
— Pierwsza opcja jest bliższa prawdy. Właśnie smażymy naleśniki — odpowiadam.
— Smażycie naleśniki — powtarza mętnym tonem wzbogaconym o nutę niedowierzania. — Boże, jaka ty jesteś nudna. A co z gorącym seksem?
Spoglądam w stronę Michaela, który stoi kilka metrów dalej i nie sprawia wrażenia, żeby cokolwiek słyszał, ale na wszelki wypadek ściszam głos w telefonie.
— O to też nie musisz się martwić — odpowiadam.
Cieszę się, że Leah nie widzi mnie w tej chwili, bo na pewno zażartowałaby sobie z rumieńców, które pojawiają się na moich policzkach.
— Lisa, nie masz pojęcia, jak się cieszę — wyznaje, wyzbywając się przy tym żartobliwego tonu. — Mam nadzieję, że wszystko mi opowiesz, kiedy się spotkamy.
— Obiecuję — zapewniam.
— Cudownie. Nie przeszkadzam wam w takim razie. Odezwij się, kiedy będziesz miała czas.
W każdej innej sytuacji żegnałabym się z nią niechętnie, ale teraz nie czuję żadnego żalu, gdy wrzucam telefon z powrotem do torebki. Wracam do Michiego i naszych naleśników, których aromatyczny zapach zaczyna się już roznosić po całym mieszkaniu.
Po śniadaniu wracamy do łóżka i leżymy w nim do południa, oglądając telewizję. Wstajemy dopiero wtedy, gdy nadchodzi czas, aby szykować się na obiad do jego mamy. Martwi mnie to, że nie przywiozłam ze sobą żadnych odpowiednich ubrań na pierwszą wizytę u przyszłych teściów, ale Michi zapewnia mnie, że to, co mam, jest wystarczające. Trochę mnie tym pociesza, bo chociaż nie ma pojęcia o dobieraniu damskich strojów do okazji, to zna trochę swoją mamę i wie, co jej się podoba, a co nie.
Jego rodzice mieszkają w swoim rodzinnym domu w małym miasteczku pod Linzem, więc przejazd do nich zajmuje trochę czasu. Jestem mocno zdenerwowana. Nie mam pojęcia, jak Brigitte zareaguje na mój widok. Z relacji Michiego wynikało, że na wzmiankę o mnie zareagowała bardzo entuzjastycznie, ale kto wie, czy później nie przypomniała sobie wydarzeń z Turnieju Czterech Skoczni, kiedy dowiedziała się, że mam narzeczonego, a mimo tego mieszam w głowie jej synowi. Po konkursie w Bischofshofen na pewno przestała myśleć o mnie dobrze i nie jestem pewna, czy teraz tak szybko się to zmieni.
Dom rodziców Michiego nie różni się dużo od innych, które mijamy na ulicach miasteczka. Średniej wielkości, prosty, niewymyślny, z czerwonym dachem i wysypanym żwirkiem podjazdem, na którym Michael zatrzymuje swoje auto. Wysiadam z niego, ale zatrzymuję się przy drzwiach i nie idę naprzód. Uświadamiam sobie, że boję się bardziej niż przy pierwszej wizycie u rodziców Lucasa.
— Zdenerwowana? — Głos Michiego wyrywa mnie z zamyślenia.
Podchodzi do mnie i obejmuje mnie delikatnie.
— Nie wiem, co twoja mama sobie o mnie teraz myśli — tłumaczę i czuję się przy tym tak niezręcznie, że uciekam przed jego wzrokiem.
— Że jesteś kobietą, którą kocham do szaleństwa i która również kocha mnie, ale potrzebowała czasu, żeby to sobie uświadomić.
Rumienię się, kiedy to mówi. Nieśmiało podnoszę wzrok, a wtedy napotykam jego rozbawione spojrzenie.
— Naprawdę nie masz się czym przejmować. Moja mama bardzo cię lubi.
Muszę mu zaufać, nie mam innego wyjścia. Chwytam dłoń, którą do mnie wyciąga i podążam za nim w stronę drzwi do domu. Michi po prostu wchodzi do środka, bez wcześniejszego pukania, czy dzwonienia. Głośnym „Jesteśmy” zawiadamia rodziców o naszym przybyciu. Chwilę później zjawiają się w przedpokoju, żeby nas przywitać. Nie zmienili się ani trochę odkąd widziałam ich po raz ostatni na Turnieju Czterech Skoczni. Oboje wciąż są szeroko uśmiechnięci, zadowoleni z widoku swojego syna i, co w tym momencie jest dla mnie najważniejsze, nie okazują żadnych przejawów wrogości wobec mnie.
— Miło cię znów widzieć, Liso — mówi Brigitte, całując mnie w oba policzki i uśmiechając się porozumiewawczo.
— Panią również — odpowiadam.
Z każdą chwilą jej zachowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że moje obawy były absolutnie bezpodstawne. Podczas obiadu prowadzi ze mną uprzejmą rozmowę i sprawia przy tym wrażenie szczerze zainteresowanej tym, co mówię. Pomija temat Lucasa i mojego nieudanego związku, nie wypytuje też o rodziców. Zastanawiam się, czy to Michi kiedyś jej powiedział o moich złych relacjach z ojcem, czy podświadomie domyśliła się, że rozmowa o nich byłaby dla mnie niezręczna. Brigitte i Josef są dla mnie tak mili, że szybko przestaję czuć się niezręcznie, a zaczynam mieć wrażenie, jakbym była u siebie. Ma na to wpływ również atmosfera panująca w ich domu, którego wystrój jest zupełnie inny od tego w domu moich rodziców. Brak tutaj perfekcyjnego minimalizmu, wręcz przeciwnie – na meblach ciężko o pustą powierzchnię, bo pełno na nich bibelotów i ramek ze zdjęciami Michiego i jego braci. Nadają one pomieszczeniom pewien charakter, podczas gdy cały dom moich rodziców jest po prostu bezosobowy. To trochę dziwne, ale tutaj czuję się dużo lepiej niż z własną rodziną. Nie chcę stąd wychodzić. Jest mi dobrze, kiedy Brigitte częstuje mnie posiłkami przygotowanymi przez nią, a nie przez wynajętą kucharkę, Josef z zainteresowaniem wypytuje o moją pasję do gry w tenisa, a Michi ściska moją dłoń i od czasu do czasu pyta, czy przypadkiem czegoś mi nie potrzeba. Za każdym razem zaprzeczam, bo prawda jest taka, że wreszcie mam to, o czym od dawna marzyłam. Ma miejsce tylko jedna sytuacja, kiedy czuję się niezręcznie, a mianowicie w kuchni, podczas gdy pomagam Brigitte w krojeniu ciasta.
— Wiesz, czasem cieszę się, że chłopcy już z nami nie mieszkają. Naprawdę ciężko jest gotować dla skoczków. Te ich diety są tak restrykcyjne, że chwilami byłam bliska szaleństwa — opowiada mama Michiego, przekładając szarlotkę z blaszki na paterę. — Nie śmiej się, bo wkrótce sama się o tym przekonasz — dodaje, widząc moje rozbawienie.
— Już zdążyłam się o tym przekonać. Spędziłam ze skoczkami cały sezon — przypominam jej.
— Samodzielne gotowanie, a oglądanie gotowych dań na talerzu to co innego — upiera się przy swoim.
Kroi jeszcze jeden kawałek ciasta, po czym odkłada nóż obok blaszki i przenosi na mnie spojrzenie, które nagle stało się niepokojąco poważne.
— Lisa, Michi naprawdę wiele wycierpiał w ostatnim czasie — mówi, ściszając przy tym głos, a tym samym dając mi do zrozumienia, że chce, aby ta rozmowa pozostała między nami.
Naprawdę wolałabym, żeby nie poruszała tego tematu. Z drugiej strony rozumiem jednak, że martwi się o swojego syna, bo ciężko jest jej tak po prostu zaufać mi po tym, jak się wobec niego zachowałam.
— Zdaję sobie z tego sprawę i naprawdę jest mi przykro. Mogę pani powiedzieć tylko tyle, że gdybym potrafiła cofnąć czas, to na pewno postąpiłabym inaczej.
— Co się stało, to się nie odstanie. — Wzdycha. — Ja chcę tylko, żeby on był szczęśliwy.
— Będzie — obiecuję. — Nie musi się pani o to martwić — dopowiadam zdecydowanym tonem.
Brigitte chyba wierzy moim słowom, bo odpowiada na nie uśmiechem.
Po obiedzie wracamy do Michiego. Niestety nie na długo, bo ze względu na zbliżający się nieubłaganie poniedziałek muszę wracać do Wiednia. Ciężko jest mi się z nim rozstać teraz, kiedy dopiero co go odzyskałam. Najchętniej zostałabym tutaj, w tej innej rzeczywistości, w której Michael sprawia, że wszystko staje się lepsze. Kiedy żegnam się z nim przy moim aucie, ponownie uświadamiam sobie, że nie przeżyłabym, gdybym znów miała go utracić. Michi wniósł do mojego życia coś więcej niż miłość. Zrozumienie, akceptacja, rodzinne ciepło – to wszystko, za czym tak bardzo tęskniłam. Nie umiałabym tak po prostu wrócić do poprzedniej, smutnej egzystencji, gdyby nagle ktoś mi go odebrał.
Czas mija, a ja wciąż stoję przytulona do niego i ani myślę o tym, aby wsiąść do auta i odjechać.
— Skarbie, przecież przyjadę do ciebie w piątek. — Michi śmieje się, ale w jego oczach widzę, że on też nie jest zadowolony z mojego wyjazdu.
— No właśnie. W piątek. To oznacza pięć dni bez ciebie — odpowiadam.
Odsuwa mnie od siebie na niewielką odległość, żeby móc złożyć na moich ustach żarliwy pocałunek.
— Przyjadę tak wcześnie, jak tylko będę mógł — obiecuje.
Kiwam głową na znak, że mu wierzę. Chwilę później wsiadam wreszcie do auta i odjeżdżam, z wielkim bólem, ale jednak.
Dziwnie jest teraz wrócić do mieszkania, które w ostatnim czasie było świątynią mojego smutku. Bo tego smutku już we mnie nie ma. Pomimo tego, że Michi został w Linzu, a ja wróciłam do Wiednia, jestem szczęśliwa. Wiem przecież, że tym razem rozstałam się z nim tylko na chwilę i mam pewność, że niedługo znów się z nim zobaczę. Znajdując się ponownie w miejscu, w którym jeszcze kilka dni temu poświęcałam większość czasu na płacz lub bezsensowne wpatrywanie się w ekran telewizora, odczuwam pewien dysonans. Zwiędłe kwiaty, o które w ogóle nie dbałam i wypalone świeczki waniliowe, na miejscu których nie postawiłam nowych, w ogóle nie pasują do mojego obecnego nastroju. Obiecuję sobie, że następnego dnia zrobię w tym mieszkaniu porządek, a tymczasem kładę się spać z myślą, że podczas snu nie czuje się powolnego upływu czasu.
Michi zjawia się w piątkowe popołudnie, chwilę po moim powrocie z pracy. Staje w drzwiach mojego mieszkania z ogromnym bukietem czerwonych róż, mówiąc:
— Tym razem naprawdę nie chcę ich wyrzucać.
— Nie musisz — odpowiadam ze śmiechem.
Jego obecność to coś, czego brakowało temu mieszkaniu. Urządziłam je od początku do końca sama, zgodnie z moim gustem i wyposażyłam we wszystko, co było według mnie potrzebne do stworzenia dobrego nastroju. Nie miałam tylko osoby, która razem ze mną cieszyłaby się byciem tutaj – aż do teraz.
Na kolację przygotowuję jego ulubionego łososia i zaskakuję go butelką, również jego ulubionego, czerwonego wina. Nie jest to ostatnia niespodzianka, jaką mam dla niego, bo specjalnie na dzisiaj kupiłam nowy komplet bielizny, który bardzo przypada mu do gustu, kiedy już ściągam również nową sukienkę. Pościel w sypialni zmieniłam na niemal identyczną jak ta w Waldorfie, co nie umyka jego uwadze. Spędzamy cudowny wieczór, a przecież przed nami jeszcze cały weekend, który może być jeszcze lepszy. Następnego dnia pokazuję mu Wiedeń. Moje miasto, a nie stolicę Austrii opisywaną w przewodnikach dla turystów. Chodzę z nim po ulicach za rękę, całuję w oczekiwaniu na zielone światło na przejściach dla pieszych. Robię wszystkie te rzeczy, o których tak długo marzyłam i pomimo tego, że sprawia mi to ogromną radość, to nie czuję z tego powodu żadnej ekscytacji. Mam wrażenie, że to coś właściwego, coś, co powinno być w moim życiu rutyną już od dawna. Wszystko jest na swoim miejscu i ja jestem na właściwym miejscu – obok Michiego, którego kocham od momentu, gdy ujrzałam go po raz pierwszy.
I wiem, że nie przestanę kochać go już nigdy.

*

I wreszcie jest. Długo oczekiwany, ostatni rozdział. Mogę powiedzieć tylko tyle, że dziękuję Wam za cierpliwość i przepraszam, że w ogóle musiałam o nią prosić. Mam nadzieję, że jeszcze nie zapomniałyście o mnie i o tej historii i że rozdział przypadł Wam do gustu. Starałam się, żeby nie był beznadziejny, co było trudne, bo trochę wyszłam z wprawy w pisaniu. Myślę, że epilog uda mi się opublikować w czasie przerwy świątecznej, ale na wszelki wypadek proszę o wyrozumiałość.
Trochę na to za wcześnie, ale chciałabym życzyć Wam Wesołych Świąt, spędzonych w miłej, rodzinnej atmosferze. To czas wybaczania, więc pomyślcie wtedy o mnie i wybaczcie mi to, że kazałam Wam czekać na ten rozdział prawie cztery miesiące ;) No i odpocznijcie od szkoły i innych obowiązków, cieszcie się tą chwilą spokoju.
Dzisiaj ograniczam się w tej notce pod rozdziałem, bo w następnym poście będę miała dużo więcej do napisania :)
Całuję ;*

wtorek, 11 października 2016

Kilka słów

Hej!
Niestety, to nie jest rozdział. Wiem, że chciałybyście, żeby ten post nim był i ja też bym tego chciała. Jest mi strasznie przykro, że na sam koniec tak przeciągam sprawę i stawiam Was wszystkie w głupiej sytuacji. Nie robię tego specjalnie. Miałam nie pisać tego posta i po prostu dodać rozdział w momencie, gdy będę miała na to czas, ale od początku września nie było ani jednego takiego dnia, żebym mogła spokojnie usiąść przy komputerze i wątpię, żeby w najbliższej przyszłości taki nastąpił. Pytacie, kiedy będzie nowy rozdział, a ja odpowiadam: nie wiem.
Napiszę teraz coś, co być może uznacie za gorzkie żale, ale chcę być z Wami szczera.
W maju zdaję maturę. Część z Was już to ma za sobą, część dopiero przed. Część pewnie uzna, że przesadzam, wyolbrzymiam sprawę. Trudno. Prawda jest taka, że to jest teraz mój priorytet i nie skupiam się na niczym więcej. Zależy mi na wynikach powyżej 90% ze wszystkich egzaminów i inne mnie nie usatysfakcjonują. Mój dzień wygląda w ten sposób, że wstaję przed godziną szóstą, o siódmej wyjeżdżam do szkoły, przed szesnastą wracam do domu, jem obiad, a potem od razu siadam do książek i zwykle kończę naukę około dwudziestej drugiej albo dwudziestej trzeciej. I to jest wciąż za mało, bo okazuje się, że weekendy też spędzam nad książkami. Nie mam czasu, po prostu nie mam. Doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny i nie jestem w stanie wyczarować kolejnych, żeby móc ten rozdział napisać.
Możecie być pewne, że nie zostawię tego opowiadania. Napiszę ostatni rozdział i epilog też, nawet jeśli miałabym to zrobić dopiero w maju. Proszę Was o cierpliwość i wyrozumiałość. Mimo wszystko chciałabym pożegnać się z Wami w miłej atmosferze, bez nerwów, hejtów i gównoburzy. Dacie radę to dla mnie zrobić?
Ściskam mocno i życzę Wam dużo uśmiechu w ten deszczowy czas :)

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział dwudziesty czwarty

— No przecież ja zaraz zwariuję! — Leah z głośnym trzaskiem kładzie sztućce na talerzu, przerywając w ten sposób panującą przy obiedzie ciszę. — Lisa, co się znowu dzieje?
Może niepotrzebnie zapraszałam ją i Andreasa do siebie na obiad. Mogłam pożegnać się z nimi na mieście i wrócić do mieszkania sama, ale miałam nadzieję, że w ich towarzystwie przestanę myśleć o Stefanie i o tym, co mi powiedział. No cóż, nie udało się.
— Nic się nie dzieje — odpowiadam szybko i przybieram na twarz szeroki uśmiech, który ma potwierdzić moje słowa.
Ale Leah nie daje się nabrać. Patrzy na mnie z politowaniem i mało brakuje, żeby postukała się palcem wskazującym w czoło.
— Chodzi o Stefana, prawda? Co on ci powiedział?
Czasem mam wrażenie, że ona czyta w moich myślach.
Patrzę niepewnie na Andreasa, a on, gdy dostrzega moje zmieszanie, opuszcza wzrok na swój talerz i wraca do jedzenia.
— Nie musisz się przejmować Andreasem, on o wszystkim wie — Leah informuje mnie o tym tak, jakby to było oczywiste. Jakbym to ja opowiedziała mu o tym, co było między mną a Michaelem.
Na szczęście Andreas ma na tyle przyzwoitości, żeby chrząknąć nerwowo i lekko się zaczerwienić.
— To może ja was zostawię — mruczy, unikając mojego spojrzenia. — Zadzwonię do Gregora i spytam, jakie ma plany na wieczór. — Wstaje od stołu i szybkim krokiem oddala się w głąb mieszkania.
Czekam, aż zamknie za sobą drzwi od pokoju, który służy mi za garderobę, a wtedy ruszam z atakiem na Leah.
— Jak mogłaś mu o tym powiedzieć? — pytam z wyrzutem. Teraz, gdy minął pierwszy szok, staję się coraz bardziej wściekła.
— Gdybym mu nic nie powiedziała, to miałby o tobie takie samo zdanie jak reszta kadry — odpowiada spokojnie.
— No i? — prycham. — Nie przyszło ci do głowy, że ja nie chcę, żeby ktoś jeszcze wiedział o moim, pożal się Boże, romansie?
— I tak wszyscy o nim wiedzą — tym razem w jej głosie słychać poirytowanie.
— Ale to nie upoważnia cię do dzielenia się ze swoim chłopakiem intymnymi szczegółami mojego życia.
— Lisa, daj spokój. — Przewraca oczami i wzdycha wymownie. — Jego to i tak nie obchodzi. Powiedz mi lepiej, co się dzieje. To przez Stefana jesteś taka zmartwiona?
Po szybkiej analizie sytuacji stwierdzam, że drążenie tematu Andreasa nie ma sensu. Nie chcę się kłócić z Leah i dlatego odpuszczam jej bez walki.
— Ta rozmowa nie należała do najprzyjemniejszych – przytakuję.
Słysząc to, od razu łagodnieje i uśmiecha się ze współczuciem.
— Nie przejmuj się nim. Ostatnio trochę mu odbija i właściwie wszyscy mają go już dość.
— Co masz na myśli? — pytam, nie kryjąc zainteresowania. Prawie całkiem zapominam o tym, jak bardzo się na nią przed chwilą zdenerwowałam.
Leah bierze głęboki wdech, dając mi do zrozumienia, że muszę się przygotować na długą opowieść.
— Chodzi cały czas nadąsany i wściekły jak osa. Nie mam pojęcia, co mu się stało, bo przecież zawsze był taki uroczy i sympatyczny. Doprowadził tym do szału nawet Marisę. Chociaż z tego co wiem, to ona miała też pretensje o to, że poświęca Michiemu więcej czasu niż jej. Zagroziła, że go zostawi, jeśli to się nie zmieni, ale on się tym kompletnie nie przejął, rozumiesz? Była tak załamana, że w końcu rzeczywiście z nim zerwała. Chyba liczyła na to, że dzięki temu się opamięta i szybko do siebie wrócą, a tymczasem spłynęło to po nim jak woda po kaczce. Ześwirował totalnie.
Kiedy kończy swoją wypowiedź wzbogaconą mocną gestykulacją rąk, opada na oparcie krzesła i patrzy na mnie uważnie, obserwując moją reakcję.
— Och — tylko tyle jestem w stanie z siebie wydusić.
— Ja też jestem w szoku. Wszyscy jesteśmy — przytakuje mi Leah ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy.
Przez moją głowę przelatują strzępki myśli, których nie chcę chwytać i składać w jedną całość. Boję się obrazu, jaki mógłby powstać z tej układanki, ale boję się też tego, że mogłoby się okazać, że Stefan jest dużo lepszym człowiekiem ode mnie.
— No cóż. — Leah prostuje się i podnosi z talerza sztućce. — Jak już mówiłam, nie powinnaś się nim przejmować.
Chrząkam nerwowo. Nie chcę tego robić, ale czuję się zobowiązana do wybielenia sylwetki Stefana w oczach Leah.
— Tak właściwie, to on nie był dla mnie niemiły. To znaczy nie bardziej niż zawsze.
Unosi brew w pytającym geście, ponieważ usta ma pełne jedzenia.
— Nie jestem pewna, ale chyba mi zasugerował, że Michaelowi wciąż na mnie zależy — mówię ostrożnie.
Leah wytrzeszcza oczy, a następnie nerwowo przełyka przeżute jedzenie, prawie się przy tym dławiąc.
— Co przez to rozumiesz? — pyta niepewnie.
Streszczam jej całą moją rozmowę ze Stefanem. Rezultat jest taki, że teraz oczy już prawie wyskakują jej spod powiek.
— I ty tak spokojnie tutaj siedzisz, zamiast być w drodze do Linzu? — Podnosi głos, niebezpiecznie zbliżając się nad stołem w moją stronę.
— Zwariowałaś? Mam tak po prostu zaufać Stefanowi po tych wszystkich nieprzyjemnościach, jakich doświadczyłam z jego strony?
— A co masz do stracenia? Jeśli kłamał, to wrócisz tutaj i nadal będziesz sobie żyła w smutku i rozpaczy, a jeśli mówił prawdę... Lisa, możesz zyskać wszystko, na czym tak bardzo ci zależy. Poza tym, już dawno powinnaś była do niego pojechać, bez względu na to, co myśli o tym Stefan.
Leah sprawia wrażenie podnieconej tym wszystkim bardziej niż ja. Podrywa się z krzesła i chodzi dookoła stołu tak, że ledwo nadążam za nią z obracaniem głowy.
— Ale... — Chcę powiedzieć, że wciąż nie czuję się przekonana, co do uczciwych zamiarów Stefana, lecz Leah nie daje mi dość do słowa.
— Kochasz go, czy nie? — Niespodziewanie zatrzymuje się przy moim krześle i chwyta mnie mocno za nadgarstek.
— Oczywiście, że tak — odpowiadam natychmiast. Nie tylko dlatego, że to kwestia, której już od dawna jestem pewna – po prostu zaczynam się jej bać.
— No to sprawa jest prosta — stwierdza ze wzruszeniem ramion. — Andreas!!! — krzyczy w głąb mieszkania tak głośno, że podskakuję na krześle i zatykam uszy dłońmi. — Andreas!!! — ponawia swoje wołanie, gdy w przeciągu trzech sekund nie otrzymuje żadnej odpowiedzi.
— Tak? — Zdezorientowany Andreas zjawia się w salonie, wciąż jeszcze trzymając telefon w dłoni. Zastanawiam się, czy w ogóle zdążył w kulturalny sposób zakończyć rozmowę z Gregorem.
— Zbieraj się, wracamy do Linzu — informuje go Leah, jednocześnie zabierając mój talerz z niedokończonym obiadem i składając go na kupkę wraz z innymi.
— Już teraz? — pyta, a do jego zdziwienia dołącza rozczarowanie. — Właśnie umówiłem nas na wieczór z Gregorem.
— To zadzwoń jeszcze raz i to odwołaj — Leah mówi powoli i wyraźnie, jakby instruowała kilkuletnie dziecko, jak nałożyć pastę do zębów na szczoteczkę.
Kiedy Leah wraz z naczyniami odchodzi w stronę kuchni, Andreas posyła mi pytające spojrzenie. W odpowiedzi na nie kręcę jedynie głową, bo jestem w nie mniejszym szoku niż on.
— Leah, ja nie mam zamiaru nigdzie jechać — teraz to ja dobitnie akcentuję każde słowo.
Stoi tyłem do mnie, ale nie muszę widzieć jej twarzy, żeby poznać, jak bardzo jest poirytowana. Odkłada naczynia z głośnym trzaskiem na kuchenny blat, a jej ramiona unoszą się w nerwowym oddechu.
— Lisa, przykro mi to mówić, ale jesteś największą idiotką, jaką znam. Niezależnie od tego, co powiedział Stefan, powinnaś porozmawiać z Michaelem.
— Przecież on mi jasno i wyraźnie oznajmił, że nie chce mnie w swoim życiu! — Nie wytrzymuję i podnoszę głos. Zapominam o zdezorientowanym Andreasie przysłuchującym się naszej rozmowie. Jestem wściekła i muszę dać tej wściekłości upust. Leah może sobie rozstawiać po kątach Andreasa, ale ja zbyt długo pozwalałam innym osobom na wtrącanie się w moje życie, żeby teraz tak po prostu jej ulec.
— A co miał ci wtedy powiedzieć? Byłaś z Lucasem i nie zanosiło się na to, żebyś miała z nim zerwać. Wiele się zmieniło od tamtej pory, jakbyś nie zauważyła.
Nie odpowiadam. Jestem zajęta wykonywaniem relaksacyjnych wdechów i wydechów, które są moim jedynym ratunkiem przed eksplozją gniewu. Powoli zaczynam tracić cierpliwość.
— Mogę wiedzieć, o co chodzi? — Słyszę nieśmiałe pytanie Andreasa dochodzące gdzieś zza moich pleców.
— Leah postanowiła przejąć kontrolę nad moim życiem — odpowiadam kąśliwie, nie patrząc przy tym na niego, lecz wbijając w nią oskarżycielskie spojrzenie.
— Tak. Za bardzo lubię ciebie i Michiego, żeby bezczynnie patrzeć, jak się unieszczęśliwiacie. Już dawno powinnam była coś z tym zrobić. — Odwzajemnia moje spojrzenie i przez chwilę po prostu mierzymy się wzrokiem.
— Dzięki za wyjaśnienia. — Andreas przypomina nam o swojej obecności, posługując się przy tym sarkazmem.
— Wytłumaczę ci wszystko w drodze do hotelu. — Leah łapie go za rękę i ciągnie za sobą w stronę przedpokoju. — Będziemy tu z powrotem za godzinę, więc bądź gotowa i nigdzie nie uciekaj, bo i tak cię znajdziemy. — Grozi mi palcem, za który mam ochotę mocno szarpnąć.
Nie odpowiadam. W myślach pokazuję jej język, a następnie zamykam za nimi drzwi z ostentacyjnym trzaskiem. Obiecuję sobie w duchu, że nie otworzę ich przed poniedziałkowym porankiem, nawet gdyby Leah miałaby w nie walić pięściami, kopać, albo gryźć.
Nie będę biegła do Michaela tylko dlatego, że Stefan tak mi poradził. Przecież jasno dał mi do zrozumienia, że nie chce mnie znać i to on powinien się do mnie odezwać, gdyby coś się w tej kwestii zmieniło. Poza tym już się pogodziłam z faktem, że nie będziemy razem i muszę nauczyć się żyć bez niego. Po co rozdrapywać świeże rany? Jeśli pojadę do niego, znów go zobaczę i przypomnę sobie, jak wiele straciłam, a on zamknie mi drzwi przed nosem, na pewno nie wrócę już tak łatwo do siebie. A co do Leah... Ona jest ostatnią osobą, która powinna mnie pouczać w kwestii podejmowania ryzyka, bo jeszcze kilka tygodni temu była w niej naprawdę beznadziejna. To, że fartem jej się udało, nie znaczy, że ja będę miała tyle samo szczęścia.
Z takimi myślami sprzątam po niedokończonym obiedzie, wyjadając przy tym resztki z garnków, ponieważ dzięki uprzejmości Leah nie udało mi się zaspokoić głodu. Gdy naczynia są już ułożone w zmywarce, a blat i kuchenka dokładnie wytarte, siadam przed telewizorem i zaczynam szukać czegoś zdatnego do oglądania.
I wtedy zaczyna do mnie docierać, że ja wcale nie pogodziłam się z życiem bez niego. I że Stefan miał rację mówiąc, że jestem głupia. Bo przez cały ten czas od naszego rozstania miałam nadzieję, że coś się zmieni, że Michi do mnie zadzwoni, albo przyjedzie i cofnie swoje słowa, a nie przeszło mi przez myśl, że może on z takim samym poczuciem beznadziejności czeka na mój krok. Zrobił przecież wszystko, co mógł zrobić. Prosił, błagał, obiecywał i przekonywał, a kiedy to nie pomogło, po prostu stracił nadzieję i wolę walki. To nie on dał mi do zrozumienia, że nie chce mnie w swoim życiu, ale ja jemu, bo nie zerwałam z Lucasem, chociaż wiedziałam, że to jedyny sposób na to, żebyśmy byli razem. A potem wyjechałam bez pożegnania, bo moich odwiedzin u niego w szpitalu nie można było nazwać pożegnaniem, skoro on nawet nie był ich świadomy, i zamknęłam się w mieszkaniu niczym obrażona księżniczka w zamku. Co on miał zrobić? Znowu przyjeżdżać tutaj, znowu się poniżać? Nawet gdyby chciał, to nie miał takiej możliwości, bo leżał w szpitalu, a potem przechodził rehabilitację.
Boże, jaka ze mnie idiotka! Dlaczego wpadłam na to wszystko dopiero teraz?
Nie mam już żadnych wątpliwości co do tego, co muszę teraz zrobić. Wyłączam telewizor i biegnę do garderoby, gdzie wygrzebuję sportową torbę i wrzucam do niej kilka pierwszych lepszych ciuchów. Nawet jeśli Michael zatrzaśnie mi drzwi przed nosem, to i tak będzie już za późno na powrót do domu i będę musiała zatrzymać się w jakimś hotelu. Potem biorę szybki prysznic, zakładam świeże ubrania, a kosmetyki do makijażu wrzucam do torebki. Nie mam zamiaru czekać na Leah i Andreasa – już zbyt długo zwlekałam z tym wyjazdem. W drodze windą na parking rozczesuję splątane po umyciu włosy, a makijaż wykonuję już w samochodzie podczas stania na czerwonych światłach. W międzyczasie dzwonię do Leah, żeby jej powiedzieć, że jadę do Linzu bez niej i Andreasa. Mija chwila, nim udaje mi się ją przekonać, ale wreszcie odpuszcza, chyba za namową ucieszonego takim obrotem spraw Koflera. Na koniec prosi jeszcze, żebym jej obiecała, że już się nie wycofam i zrobię to, co do mnie należy.
Nie myślę za wiele w czasie jazdy. Nie przyglądam się mijanym krajobrazom, nie zwracam uwagi na przydrożne bilbordy, nie słucham nawet muzyki. Wpatruję się w drogę, która ma mnie zaprowadzić do Michaela. Skupiam się głównie na tym, żeby nie przekraczać za bardzo dozwolonej prędkości, bo pod wpływem adrenaliny przychodzi mi to wyjątkowo łatwo. Pokonuję tę trasę samochodem po raz pierwszy, więc tym bardziej powinnam być ostrożna. Teoretycznie zwlekałam z tą decyzją tak długo, że pół godziny opóźnienia nie zrobiłoby żadnej różnicy, ale boję się, że gdybym pozwoliła sobie ochłonąć, rozmyśliłabym się błyskawicznie i zawróciła do Wiednia. Dojeżdżam do Linzu jeszcze przed zmierzchem i dopiero w momencie gdy parkuję pod domem Michaela, dopadają mnie wątpliwości. Może nie odzywał się do mnie, bo naprawdę nie chce mieć ze mną nic wspólnego, a nie dlatego, że czekał na mój ruch? Może jest już za późno na to, żebym mogła cokolwiek naprawić i odwiedzając go zrobię z siebie idiotkę? Tak się spieszyłam, a teraz opóźniam wyjście z samochodu tak bardzo, jak tylko się da. Kilka razy sprawdzam robiony pośpiesznie makijaż i poprawiam szminkę, która jakimś cudem i tak jest nałożona na usta perfekcyjnie. Spędzam tak prawie dziesięć minut, w czasie których trzy razy jestem bliska włączenia silnika i wrócenia do domu. Wreszcie przypominam sobie o obietnicy danej Leah i wysiadam, bo wiem, że zabiłaby mnie, gdybym ją złamała. Całe moje zdecydowanie nagle gdzieś się ulatnia i pokonuję dzielącą mnie od wejścia do budynku odległość niemrawym krokiem. Czuję się prawie tak jak wtedy, gdy wracałam do niego po telefon, z tą różnicą, że teraz jestem dużo bardziej zdenerwowana, bo sytuacja jest poważniejsza. Poza tym przychodzę po to, żeby go przeprosić, a nie zademonstrować, jak bardzo mnie on nie obchodzi.
Nie mam pojęcia, co mu powiem, kiedy już otworzy drzwi. A może w ogóle ich nie otworzy? Jakaś część mnie chciałaby, żeby tak było. Mogłabym wrócić do Wiednia i powiedzieć Leah, że przecież próbowałam i nie mam sobie nic do zarzucenia. Z drugiej strony wiem jednak, że drugi raz nie odważyłabym się na przyjazd tutaj. To było działanie pod wpływem impulsu, zupełnie do mnie niepodobne. Roztrząsanie i analizowanie wszystkiego nie wyszło mi na dobre, więc może faktycznie powinnam skorzystać z tego, że raz zrobiłam coś zupełnie spontanicznie?
Wciskam dzwonek i odliczam w myślach. Jeden, dwa, trzy... Do ilu musi dojść, żebym mogła bez wyrzutów sumienia zawrócić do samochodu? Nie dowiaduję się tego. Michael otwiera drzwi, gdy dochodzę do dwunastu.
Węzeł w moim brzuchu, towarzyszący mi od wyjścia z domu, zaciska się jeszcze mocniej, a w moim gardle pojawia się olbrzymia gula, której nie potrafię przełknąć.
Po tak długiej rozłące chciałabym się z nim spotkać w innych okolicznościach. Będąc pewną tego, że wciąż mnie kocha i że tęsknił za mną równie mocno jak ja za nim i mogąc go pocałować, a potem wtulić twarz w jego tors, żeby poczuć zapach jego perfum.
Tymczasem mogę jedynie myśleć o tym i mieć nadzieję, że nie zatrzaśnie mi zaraz drzwi przed nosem, ale wpuści do środka i da szansę na udzielenie marnych wytłumaczeń. Na jego zmęczonej twarzy prezentuje się wyłącznie zaskoczenie, którego nie potrafię uznać ani za pozytywne, ani negatywne.
— Co ty tu robisz? — pyta. I wciąż nie jest ani oschły, ani uradowany. Po prostu zdziwiony.
— Możemy porozmawiać? — proponuję nieśmiało.
Wciąż szukam w jego oczach jakiegoś błysku, który dałby mi nadzieję na to, że cieszy się na mój widok. Że pomimo tego, jak bardzo go skrzywdziłam, jest w stanie wszystko mi wybaczyć i spróbować od nowa.
Nie znajduję jednak niczego takiego. Mimo tego Michael otwiera szerzej drzwi i odsuwa się na bok, robiąc mi miejsce do przejścia. Kilka kroków i już jestem w jego mieszkaniu. Nabieram nadziei na to, że mam jeszcze jakieś szanse.
Prowadzi mnie do salonu, który teraz, gdy nie ma w nim nikogo poza nami, wydaje się dziwnie pusty i za duży. Z pewnym zadowoleniem zauważam, że brakuje w nim kobiecej ręki. Podczas gdy ja rozglądam się po pomieszczeniu, Michael zbiera z sofy jakieś papiery, a następnie gestem wskazuje mi, żebym na niej usiadła. Boli mnie to, że traktuje mnie tak oschle, tak jakby nigdy nic się między nami nie wydarzyło. Ale z drugiej strony, jak miałby się zachowywać? Przywitać mnie z otwartymi ramionami, a potem obsypać pocałunkami?
— Napijesz się czegoś? Herbaty, kawy, wody? — Widzę po nim, że też czuje się niezręcznie. — Herbaty chyba nie mam, ale znajdzie się jakiś sok.
— Może być woda — odpowiadam słabym głosem.
Wiem, że to głupie, ale przez to, że jest taki oficjalny, z każdą chwilą czuję się coraz gorzej. Przypominam sobie niedawną wizytę taty u mnie w mieszkaniu i zastanawiam się, czy jemu też towarzyszyły takie uczucia. Zaczynam żałować, że potraktowałam go wtedy w taki nieuprzejmy sposób. Kto wie, czy złośliwa karma nie postanowi teraz do mnie wrócić? Nie przywiozłam ze sobą żadnego modelu samolotu, którym w kryzysowej sytuacji mogłabym przekupić Michaela.
Znika w kuchni, więc mam chwilę na wytarcie spoconych dłoni o sukienkę. Zastanawiam się, co powinnam mu powiedzieć, gdy wróci, ale żadne słowa nie wydają mi się odpowiednie.
— Co u ciebie słychać? — pytam, kiedy przychodzi ze szklanką wody i siada na fotelu obok.
Zdaję sobie sprawę z tego, że to idiotyczne pytanie, a jego mina tylko mnie w tym utwierdza. Czuję się jeszcze bardziej głupio, gdy przypominam sobie, że mój ojciec zaczął rozmowę w identyczny sposób.
— Oprócz tego, że moja kariera stanęła w miejscu, bo prawie zabiłem się na skoczni, a dziewczyna, na której mi zależało, zrobiła ze mnie idiotę, to całkiem w porządku. Miło, że pytasz — odpowiada ze sztucznym uśmiechem.
Coś w nim pęka. Słyszę to w jego głosie, widzę też w oczach. Ma do mnie żal, któremu wcale się nie dziwię, ale mimo tego czuję się urażona jego tonem.
— Nie musisz być taki sarkastyczny — odpowiadam równie kąśliwie.
— A jaki mam być? — Prycha. — Nie odzywasz się do mnie przez dwa miesiące, po czym tak po prostu przyjeżdżasz i jak gdyby nigdy nic pytasz, co u mnie słychać. Wybacz, ale nie rozumiem tego.
Nie cieszy się z tego, że mnie widzi – teraz jestem już tego pewna. Zaczynam żałować, że tu przyjechałam. Nie mogę cofnąć czasu, dlatego postanawiam przestać owijać w bawełnę i powiedzieć wprost, dlaczego do niego przyszłam.
— Chciałam cię przeprosić — mówię już zdecydowanie łagodniejszym tonem, być może nawet z odrobiną skruchy. Nie potrafię się przełamać, nie potrafię przełknąć dumy, żeby dodać coś jeszcze.
Moje przeprosiny nie robią na nim żadnego wrażenia. Przesuwa się głębiej w fotelu i nieznacznie przechyla głowę. Nie zmienił się przez te dwa miesiące. Na jego twarzy nie ma już śladu po siniakach oraz zadrapaniach i wygląda dokładnie tak samo, jak go zapamiętałam, a jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że to nie jest już ta sama osoba. Świadczy o tym chociażby sposób, w jaki się wobec mnie zachowuje.
— Okej — odpowiada. — To wszystko?
Czuję się tak, jakby kopnął mnie w brzuch. Ta rozmowa nie jest dla mnie łatwa, a on robi wszystko, żeby mi ją utrudnić. To taka kara za to, jak ja go traktowałam?
— Michael, co ja mam ci powiedzieć? — Tracę panowanie nad sobą i pozwalam, żeby przemawiała przeze mnie desperacja, która mnie tu przywiodła. — Zawaliłam, wiem. Zawiodłam cię, potraktowałam okropnie i dlatego rozumiem to, że jesteś na mnie wściekły. Jestem największą idiotką na świecie, ale proszę, jeśli czujesz do mnie coś jeszcze, to daj mi szansę, żebym mogła to wszystko naprawić.
Tym razem już nie sprawia wrażenia obojętnego. Marszczy czoło i przeciera oczy dłońmi, tak jakby zastanawiał się nad moimi słowami i próbował zyskać w ten sposób na czasie.
— Lisa, zostawiłaś mnie w momencie, gdy potrzebowałem cię najbardziej. Przez cały ten czas, kiedy leżałem w szpitalu, a potem siedziałem w domu, miałem nadzieję, że się odezwiesz chociażby po to, żeby spytać, jak się czuję. Pokazałaś mi, że w ogóle ci na mnie nie zależy, zresztą już nie pierwszy raz, więc jak mam ci teraz tak po prostu wybaczyć?
— Przecież gdybym wiedziała, to bym cię nie zostawiła. Powiedziałeś mi, że nie chcesz mnie w swoim życiu, nie pamiętasz?
Który to już raz przeprowadzam z nim taką rozmowę będącą dla mnie walką o wszystko? Z każdą sekundą czuję się coraz bardziej bezsilna, ale nie mogę sobie pozwolić na to, żeby go znowu stracić, nie teraz.
— Powiedziałem tak, bo nie miałem innego wyjścia. Liczyłem na to, że z nim zerwiesz i wrócisz do mnie, a nie wyjedziesz bez pożegnania.
To już za wiele. Wychodzi na to, że niepotrzebnie płakałam po nocach, niepotrzebnie zapijałam i zajadałam smutki i niepotrzebnie wyżalałam się Leah w czasie naszych telefonicznych rozmów, bo wszystko to robiłam tylko dlatego, że źle odczytałam jego zamiary. To wyznanie odebrało mi chęci do wszystkiego. Jedyne, na co mam jeszcze ochotę, to wyszarpanie wszystkich włosów z głowy – najpierw swojej, a potem jego.
— I nie pomyślałeś o tym, że mogłam na to nie wpaść? Że wyjechałam, bo po prostu posłuchałam twojej prośby? — Kręcę głową z niedowierzaniem. — Cholera, tak ciężko było zwyczajnie zadzwonić?
— Miałem dzwonić do ciebie po tym, jak mnie potraktowałaś? Kolejny raz poniżać się przed tobą? Lisa, walczyłem o ciebie tyle razy... Mogłaś chociaż raz ty zawalczyć o mnie.
— Myślisz, że po co tu teraz przyjechałam? — Prawie krzyczę, przez co wcale nie brzmię tak, jakbym rzeczywiście odwiedziła go w zamiarach pokojowych.
— Nie sądzisz, że już trochę za późno? Miałaś tysiąc okazji, żeby zerwać z Lucasem i pokazać, że ci na mnie zależy, a nie wykorzystałaś żadnej z nich.
Już nie siedzi wygodnie rozparty na fotelu. Nachyla się w moją stronę i, podobnie jak ja, ma przyspieszony oddech, a jego ramiona są napięte. Ta rozmowa zmierza w złym kierunku, tak właściwie to teraz oboje po prostu próbujemy się zabić wzrokiem, a ja nie czuję już potrzeby naprowadzania jej na dobre tory.
— Nie zgrywaj takiego pokrzywdzonego, przecież od samego początku wiedziałeś, że mam narzeczonego i w niczym ci to nie przeszkadzało — cedzę każde słowo, trzęsąc się przy tym ze złości.
— Och, przepraszam, że wtrąciłem się w twoje idealne życie i całkowicie je zniszczyłem!
Drwi sobie ze mnie i to w takim momencie. Niezależnie od zamiaru, z jakim tu przyjechałam, nie mogę mu pozwolić na to, żeby tak mnie traktował.
— Widzę, że się nie dogadamy — rzucam cierpko, po czym wstaję i nie patrząc na niego odchodzę w stronę wyjścia.
Obcasy moich butów hałasują, ale nie na tyle, bym nie mogła usłyszeć za sobą jego kroków. A jednak nie docierają do mnie, co znaczy, że za mną nie idzie. Cudownie. Trzaskam drzwiami, żeby nie łudził się, że jednak zostałam. Wciąż drżę ze złości, kiedy wzywam windę i kiedy już w środku nakazuję jej zjechać na parter. Nie mam pojęcia, na którym piętrze zaczynam trząść się z powodu płaczu.
Próbowałam i stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Poniżył mnie tak samo, jak ja kiedyś poniżyłam jego, z tą tylko różnicą, że on zrobił to z pełną premedytacją i zamiarem zemsty. Wiedziałam, że nie wybuchnie entuzjazmem na mój widok, ale... No właśnie, ale co? Chyba po prostu miałam nadzieję. Łudziłam się, że jeśli ja kocham jego, to niemożliwym jest, żeby on nie kochał mnie. Do tej pory wszystko w moim życiu układało się po mojej myśli, więc dlaczego tym razem miało być inaczej? Podświadomie znów potraktowałam go jak marionetkę, która zatańczy tak, jak ja jej zaśpiewam. Zapomniałam, że jest wrażliwym człowiekiem, któremu zadałam niemożliwy do zniesienia ból.
Nie wiem, co ze sobą zrobić. Wychodzę przed budynek i staję w miejscu, bo przez łzy nie jestem w stanie trafić do swojego samochodu. Robię po omacku kilka kroków, ale znów się zatrzymuję. To naprawdę koniec? Czy naprawdę zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić? Przecież nie padłam jeszcze na kolana, nie czołgałam się przed nim, nie błagałam z płaczem. Nie powiedziałam mu nawet, że go kocham, a może to by coś zmieniło? Może powinnam wrócić na górę i zrobić to wszystko? Przełknąć dumę i poniżyć się tak, jak on poniżał się przede mną? Ale jeśli to zrobię, a mimo tego on pozostanie niewzruszony, to to będzie równoznaczne mojej śmierci. Nie dam rady żyć bez niego i bez szacunku do samej siebie.
Nie umiem zawrócić, ale nie potrafię też wsiąść do auta i odjechać. Dlatego po prostu stoję na środku chodnika i zanoszę się bezgłośnym płaczem. Mam ochotę krzyczeć, bo ból i żal rozrywają mnie od środka, ale nie chcę, żeby on to usłyszał. Skoro zachowałam swoją dumę tam, na górze, to nie ma potrzeby tracenia jej tutaj, kiedy już nic dzięki temu nie mogę zyskać.
Nie wiem, ile czasu mija w ten sposób. Myślę o tym, co właśnie się wydarzyło i nie reaguję na żadne bodźce zewnętrzne. Do momentu aż do moich uszu dociera znajomy głos wołający moje imię.
Odwracam się, nie będąc pewna, czy nie są to jakieś sztuczki mojej podświadomości, która próbuje mnie pocieszyć. Ale kiedy ocieram łzy rękawem kurtki, moim oczom ukazuje się Michael. Michael z zupełnie innym wyrazem twarzy niż przed chwilą. Zatroskany, toczący jakąś wewnętrzną walkę z samym sobą. Już zanim otworzy usta, wiem, że to mój Michi, ten, za którym tak bardzo tęskniłam.
— Cholera, jestem na ciebie taki wściekły, ale nie mogę pozwolić, żebyś znowu mnie zostawiła — mówi spokojnym i łagodnym głosem, bez cienia złośliwości, a w jego oczach widać przy tym niepewną prośbę.
Nie potrzeba mi nic więcej. Kilkoma szybkimi krokami pokonuję dzielącą nas odległość i wpadam prosto w jego ramiona, otwarte i czekające tylko na mnie.
— Kocham cię, Michi — mówię przez łzy. — Och, tak bardzo cię kocham...
Szlocham w jego bluzę i trzymam się kurczowo jego ramion, bo chociaż z każdą chwilą tuli mnie do siebie coraz mocniej, to boję się, że z jakiegoś powodu nagle odejdzie, a ja znów zostanę sama.
— Skarbie, nie płacz już. — Delikatnie odsuwa mnie od siebie i uśmiecha się lekko. — Ja też cię kocham. Nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Jak mam nie płakać, kiedy mówi mi takie rzeczy, a jego uśmiech jest pełen szczęścia, które tak bardzo chciałam mu dać?
Ociera moje łzy rękawem swojej bluzy, a to sprawia, że rozklejam się jeszcze bardziej.
— Przepraszam za to, że wtedy wyjechałam. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałam być przy tobie. — Słowa same płyną z moich ust, choć ciężko jest mi je wypowiadać i płakać w tym samym momencie.
— Najważniejsze, że jesteś przy mnie teraz.
Moje łzy giną gdzieś w jego pocałunkach, które są tak żarliwe i pełne miłości jak nigdy przedtem. Ściska mnie tak mocno, że trudno jest mi złapać oddech, ale nie chcę, żeby odsuwał się nawet o milimetr. Te dwa miesiące sprawiły, że jestem spragniona jego bliskości i mam wrażenie, że gdyby teraz wypuścił mnie ze swoich objęć, to po prostu bym się rozpadła.
I właśnie dlatego krzyczę cicho, gdy niespodziewanie odsuwa się ode mnie. Na szczęście robi to tylko po to, żeby wziąć mnie na ręce i ruszyć z powrotem do domu.
— Koniec tego przedstawienia dla sąsiadów — tłumaczy ze śmiechem. — Schudłaś — dodaje po chwili.
— To masa mięśniowa mi spadła, bo nie miałam z kim grać w tenisa — odpowiadam żartem.
Stawia mnie na ziemię dopiero w windzie. Już mam ponownie wtulić się w niego, ale wtedy dostrzegam w lustrze, jak bardzo rozmazał mi się makijaż.
— O Boże, wyglądam paskudnie — jęczę, po czym natychmiast sięgam do torebki i wyciągam z niej paczkę chusteczek.
Michaelowi to nie przeszkadza. Staje za mną i obejmuje mnie od tyłu, składając przy tym delikatne pocałunki na mojej szyi.
— Nieprawda, ty zawsze wyglądasz ślicznie — mruczy między nimi.
Mimo wszystko czuję się lepiej bez czarnych obwódek wokół oczu. Najpierw się ich pozbywam, a dopiero potem odwracam do Michaela i zatapiam w jego pocałunkach.
Kochamy się w jego sypialni, jak za pierwszym razem, ale teraz powoli i spokojnie, ze świadomością, że już nic i nikt nas nie rozdzieli. Nie ma już Lucasa, jesteśmy tylko my i nasza miłość, która tak długo czekała na to, by móc zaistnieć na dobre. Nigdy nie miałam wątpliwości co do tego, że to przy nim jest mi najlepiej, ale w tym momencie, gdy spragnieni siebie nawzajem oddychamy ciężko tym samym rytmem, utwierdzam się w tym przekonaniu. Jestem szczęśliwa teraz, ale też i później, kiedy po prostu leżę obok niego i składam delikatne pocałunki na jego nagim torsie.
— Kocham cię — mruczę wprost do jego ucha, na wypadek, gdyby jeszcze miał co do tego jakieś wątpliwości. — Kocham cię — powtarzam nieco głośniej, tym razem dlatego, że po prostu podoba mi się brzmienie tych słów.
Odpowiada szerokim uśmiechem i długim pocałunkiem swoich miękkich ust.

*

No cóż. Nie macie pojęcia, jak ciężko było mi napisać ten rozdział. Kocham tę historię, kocham Lisę i Michiego i nie chcę się z nimi rozstawać, a podczas pisania miałam świadomość, że to nic innego jak początek naszego pożegnania. Przed nami już tylko dwudziesty piąty rozdział, a po nim epilog i chociaż mam w planach następną historię, to nie wyobrażam sobie mojego życia bez tej. Tym bardziej jest mi przykro, że ostatnio miała miejsce bardzo nieprzyjemna sytuacja - jedna z Was stwierdziła, że lekceważę pisanie i czytelników, bo dodaję rozdziały za rzadko. Nie mam pojęcia, jak wiele osób zgadza się z tą opinią. Chcę tylko wyjaśnić, że niczego i nikogo nie lekceważę, a w moim przypadku długie przerwy między rozdziałami są na to dowodem. Wkładam w pisanie całe swoje serce i chcę, żeby te rozdziały były jak najlepsze, dlatego nigdy nie robię tego "na odwal". Siadam do pisania, kiedy czuję, że mam dobry nastrój, kiedy mojej głowy nie zaprzątają różne problemy i mogę w stu procentach wczuć się w bohaterów. Życie Lisy jest zupełnie inne od mojego i dlatego czasem ciężko jest mi się z nią zgrać. Jasne, że mogłabym dodawać rozdziały co tydzień, ale wtedy pewnie miałyby po dwie strony i były zwyczajnie kiepskie. Nikogo nie trzymam tu na siłę. W Internecie można znaleźć pełno fan fiction o skoczkach, więc jeśli kogoś rzeczywiście drażnią te przerwy, to niech po prostu wyjdzie z mojego bloga, znajdzie innego i daruje sobie złośliwe komentarze. Nie wiem, kiedy pojawi się następny rozdział. Piszę o tym od razu, żeby potem nie było nieporozumień i pretensji. Z góry dziękuję za cierpliwość.
Życzę Wam, żeby te ostatnie dni wakacji były udane, a powrót do szkoły przebiegł bezboleśnie.
Ściskam mocno i całuję ;*
PS. Znacie jakąś dobrą szabloniarnię, która wykonuje szablony na zamówienie, albo kogoś, kto mógłby zrobić dla mnie szablon na nowego bloga? Z chęcią przyjmę namiary. 

sobota, 30 lipca 2016

Rozdział dwudziesty trzeci


Czas płynie wolno, jakby specjalnie chciał mi zrobić na złość. Rzucam się w wir obowiązków związanych z nową pracą, a odkąd pogodziłam się z ojcem, częściej odwiedzam rodziców, ale i tak wciąż nie mogę znaleźć sobie miejsca i wciąż nie czuję się dobrze. Co tu dużo gadać, brakuje mi Michaela i z każdym dniem mam coraz większe wrażenie, że nigdy nikt mi go nie zastąpi. Próbuję pogodzić się z tym, że już nie będziemy razem, co, nawiasem mówiąc, marnie mi wychodzi, a w międzyczasie odliczam dni do przyjazdu Leah do Wiednia. Ciężko jest mi wytrwać do połowy kwietnia i kiedy ostatecznie mi się to udaje, czuje się tak, jakbym przez cały ten czas przebiegała maraton codziennie. Jestem zmęczona tym nudnym życiem, w którym każdy kolejny dzień niczym nie różni się od poprzedniego i żaden poranek nie obiecuje zmian. Potrzeba mi odrobiny świeżości i mam nadzieję, że Leah mi jej dostarczy.
I robi to w sposób, którego za nic bym się nie spodziewała.
Przyjeżdża już dzień przed maratonem, w którym mają wziąć udział niektórzy skoczkowie. Zgadza się, żeby odwiedzić mnie w moim mieszkaniu, bo rozumie moją niechęć do reszty kadry. Boję się ich oskarżycielskich spojrzeń, niezadowolonych pomruków i fałszywych uśmiechów. Tamto ostatnie śniadanie w ich towarzystwie za dobrze wyryło się w mojej pamięci.
Leah ożywia moje martwe mieszkanie swoim śmiechem i energią. Wnosi do pomieszczeń coś przyjaznego i sprawia, że zaczynam czuć się w nich lepiej. Jednocześnie zastanawiam się, skąd w niej tyle pozytywnych emocji, skoro ostatnim razem, kiedy się widziałyśmy, była uosobieniem pesymizmu. Teraz bardziej przypomina tę Leah z początków naszej znajomości, kiedy zwykłe siedzenie na trybunach Bergisel sprawiało jej niewyobrażalną radość. Kiedy pytam ją o tę zmianę, rumieni się i uśmiecha z zakłopotaniem.
— Nie mam pojęcia, jak ci to powiedzieć — wyznaje po chwili milczenia.
Zażenowana Leah to rzadki widok, który jeszcze bardziej wzbudza moją ciekawość. Podczas gdy ona próbuje znaleźć odpowiednie słowa, ja szukam wyjaśnienia na własną rękę. Po chwili dociera do mnie, że może być tylko jeden powód tej diametralnej zmiany i jest nim jedyna na całym świecie osoba, w obecności której Leah stawała się taka rozpromieniona.
— Jak najprościej, bez owijania w bawełnę — zachęcam ją, co wymaga przełknięcia olbrzymiej guli, która wyrasta w moim gardle.
Jeszcze zanim otworzy usta, już wiem, co od niej usłyszę.
— Andreas i ja jesteśmy razem.
Patrzy na mnie w oczekiwaniu i przygryza przy tym wargę. Próbuje przy tym powstrzymać uśmiech, który wypełza na jej zarumienione policzki. Dopiero teraz zauważam, że zmieniła fryzurę, a mocny makijaż zastąpiła nieco lżejszym, przez co wygląda bardziej dziewczęco i po prostu kwitnąco.
Całe to uczucie ciepła, jakie Leah wniosła ze sobą do mojego mieszkania, nagle gdzieś ulatuje. Zaczynam czuć się przy niej jak porzucona przez Boga kupka nieszczęścia.
W tej całej chorej sytuacji pocieszało mnie tylko to, że nie jestem sama. Że jest ktoś, komu mogę się wyżalić i kto mnie zrozumie, bo przechodzi przez to samo co ja. A teraz zostałam pozbawiona tej współcierpiącej duszy, skazana na samotną żałobę. Czuję się tak, jakby Leah wystawiła mnie do wiatru i z tego powodu robi mi się jeszcze gorzej, bo przecież powinnam cieszyć się jej szczęściem, a nie obwiniać ją o swoje nieszczęście.
Zmuszam się do uśmiechu i wkładam cały wysiłek w to, żeby wyglądał jak najszczerzej.
— Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś? — pytam. Pomimo wielkich starań, słychać w moim głosie wyrzut, ale Leah interpretuje go inaczej.
— Nie chciałam, żeby było ci przykro — tłumaczy i staje się przy tym jeszcze bardziej zakłopotana. — A poza tym, to się stało zupełnie niedawno i stwierdziłam, że wolę ci o tym opowiedzieć na żywo — dodaje szybko, chcąc zatrzeć wspomnienie tamtych słów.
Mam ochotę uciec do sąsiedniego pokoju i się rozpłakać. Miałam nadzieję, że kiedy zjawi się tu Leah, przestanę czuć się tak przeraźliwie samotna, a tymczasem stało się zupełnie inaczej. Naprawdę nie wiem, skąd we mnie tyle siły, ale siadam wygodniej na sofie i zachęcam Leah, żeby opowiedziała mi o wszystkim. Nie muszę jej długo namawiać. Od razu poznaję, że od chwili przyjścia tutaj aż się paliła do tego, żeby podzielić się ze mną swoim szczęściem.
— To się stało zupełnie niespodziewanie. Andreas strasznie pokłócił się z Mią i przyjechał do mnie totalnie wściekły. Próbowałam go pocieszyć i wtedy zrozumiałam, że to moja jedyna szansa, żeby powiedzieć mu o swoich uczuciach, bo potem się pogodzą i on znów stanie się obrzydliwie szczęśliwy. Długo się nie zastanawiałam, to był impuls. Po prostu powiedziałam mu, że go kocham. — Robi pauzę, chcąc dodać swojej opowieści nieco napięcia. — A wtedy on wkurzył się jeszcze bardziej. Był zły o to, że tak długo trzymałam to przed nim w tajemnicy. Próbowałam mu to wytłumaczyć, ale to nie pomogło i w końcu wyszedł, trzaskając drzwiami. Wtedy dzwoniłam do ciebie, żeby ci się wyżalić, ale nie odbierałaś.
— Byłam wtedy w pracy — tłumaczę, przypominając sobie, że istotnie jakoś dwa tygodnie temu po skończeniu pracy miałam kilka nieodebranych połączeń od Leah.
— No właśnie — potakuje. — Dwie godziny później wrócił. Stwierdził, że jestem głupia, że wcześniej mu tego nie powiedziałam, bo on też kochał mnie przez cały ten czas, ale był pewien, że ja tego nie odwzajemniam i w sumie był z Mią tylko dlatego, że chciał w ten sposób o mnie zapomnieć. — Przerywa, ale tym razem po to, żeby się zaśmiać. — Oboje byliśmy głupi. Już dawno mogliśmy się dogadać i nie byłoby problemu.
Ciężko byłoby zaprzeczyć. Już na samym początku dziwiły mnie te ich podchody w nastoletnim stylu.
Ale jedna rzecz, o której Leah zapomniała, nie daje mi spokoju.
— A co z Mią? — pytam.
Leah macha ręką ze zniecierpliwieniem. Odtrąca ten temat jak złośliwą muchę, którą zawsze była dla niej Mia.
— Andi stwierdził, że po tej kłótni i tak nie mogliby do siebie wrócić — odpowiada pod naciskiem mojego nieustępliwego spojrzenia.
— Cieszę się, że wszystko się między wami ułożyło — mówię trochę na przekór sobie. To straszne, ale naprawdę lepiej czułam się w towarzystwie tamtej Leah, która rozumiała mój ból złamanego serca.
Leah chyba wyczuwa, że jestem nie do końca szczera, bo jej uśmiech przygasa, a na twarzy pojawia się wyraz zmartwienia.
— Tobie też się to w końcu przydarzy. Jeśli nie z Michim, to z kimś innym — pociesza mnie tym swoim łagodnym tonem głosu zarezerwowanym na kryzysowe chwile.
Kładę głowę na jej ramieniu i pozwalam jej się przytulić. Przez chwilę czuję się dzięki temu lepiej, ale potem zaczynam żałować, że to ona, a nie Michael.
— Nie chcę nikogo innego — wzdycham żałośnie.
Leah w odpowiedzi jedynie głaszcze mnie po włosach. Chyba zdaje sobie sprawę z tego, że to nie ona jest tą osobą, która umiałaby mnie pocieszyć.
— Tak w ogóle to wiesz może, co u niego słychać? — pytam, wracając do poprzedniej pozycji, żeby móc sięgnąć po kubek z ciepłą herbatą.
Często o to pytam w ostatnim czasie, bo Leah jest teraz moim jedynym łącznikiem z Michaelem. Czasem zastanawiam się, czy nie ma tego dość, ale ona za każdym razem odpowiada nie okazując żadnych oznak zniecierpliwienia. Podobnie jest teraz.
— Coraz lepiej. Niedługo będzie mógł wrócić do treningów, może nawet wystartuje w Letniej Grand Prix.
Już mam zamiar zadowolić się tą odpowiedzią, bo brzmi podobnie do tych, które udzielała mi poprzednio, ale wtedy dostrzegam lekkie zawahanie u Leah, która otwiera usta, jakby chciała coś jeszcze dodać, a potem szybko je zamyka.
— Leah?
Odwraca wzrok, wyraźnie zła na siebie za to, że dała się przyłapać.
— Jest coś jeszcze, prawda? — pytam, teraz nie mając już co do tego żadnych wątpliwości.
— Nie, dlaczego tak myślisz?
Ma nadzieję, że uda jej się coś jeszcze ugrać, ale poddaje się, widząc moje pełne politowania spojrzenie.
— Chiara zaczęła się koło niego kręcić — wyznaje niechętnie.
Robi mi się gorąco, wcale przez kubek z herbatą, który wciąż trzymam w dłoniach. Patrzę na niego niepewnie z poczuciem, że zaraz zwymiotuję. Myśl o Michim z Chiarą mnie drażni, skręca w nieprzyjemny sposób moje wnętrzności. Potem przenoszę wzrok na Leah, która znów przygryza wargę i znów czeka w napięciu na moją reakcję. A ja zupełnie jej nie kontroluję.
— Czy ta mała suka nie ma nic lepszego do roboty? Żadnej szkoły, egzaminów? Ja w jej wieku zakuwałam całymi dniami i nawet nie myślałam o chłopakach. — Mój głos ocieka pogardą.
Nie jestem w stanie trzymać kubka w drżących dłoniach, więc odstawiam go na stolik z głośnym trzaskiem. Herbata nie wylewa się z niego tylko dlatego, że jest jej po prostu za mało. Po chwili podrywam się z sofy, bo niekontrolowane drżenie roznosi się na pozostałe części mojego ciała. Muszę przejść się po pokoju, żeby się uspokoić.
— Lisa... Ona nie ma pojęcia, że coś między wami było — Leah zastępuje mój głos rozsądku, który w tym momencie został zagłuszony.
— Ale on ma pojęcie! — nie wytrzymuję napięcia i podnoszę głos. — Jak on mógł tak szybko zastąpić mnie kimś innym?
— Przecież nie powiedziałam, że ze sobą chodzą, tylko że ona się koło niego kręci — Leah spieszy z wyjaśnieniami, z których niewiele do mnie dociera.
Cholerna Chiara. Znowu wtrąca się między mnie i Michiego, ale tym razem nie mogę już na to w żaden sposób zareagować. To się dzieje dziesiątki kilometrów ode mnie, poza zasięgiem mojego wzroku, ale to nie zmienia faktu, że boli tak samo, a nawet jeszcze bardziej niż wtedy na imprezie. Najgorsza jest chyba ta niemożność walki o to, na czym tak mocno mi zależy. Wtedy w odwecie mogłam przynajmniej spróbować flirtu z Gregorem, który teraz prawdopodobnie w ogóle nie poruszyłby Michaela. To wszystko mnie przytłacza. Zupełnie nieświadomie zaczynam krzyczeć z bezsilności. Osuwam się po ścianie na podłogę i biję w nią pięściami, wyobrażając sobie, że uderzam Chiarę i w ten sposób odpędzam ją od Michaela.
— Lisa! — Zdezorientowana Leah w mgnieniu oka dobiega do mnie i chwyta za nadgarstki. — Przestań, bo zrobisz sobie krzywdę!
Pod wpływem tych słów zamieram. Patrzę na nią ze zdumieniem i zastanawiam się, o jaką krzywdę jej chodzi. Przecież pozbawiłam się prawdziwej miłości, jedynego szczęścia i jedynego sensu mojego życia – czy mogę wyrządzić sobie jeszcze większą krzywdę? Poobijane dłonie w porównaniu z tą stratą nie są żadną krzywdą.
Ale myślę tak tylko przez chwilę. Później zaczynam odczuwać ból w nadgarstkach, który stopniowo przechodzi na przedramiona. Syczę głośno, a kiedy okazuje się, że to nie wystarcza, żeby załagodzić ból, krzyczę.
— Nienawidzę jej! Nienawidzę, nienawidzę! — powtarzam to słowo tak długo, że już sama nie wiem, czy wciąż mam na myśli Chiarę, Michaela, czy może samą siebie.
Leah najpierw próbuje mnie uspokoić, ale później daje za wygraną i pozwala mi się wykrzyczeć, bacznie przy tym obserwując, czy nie wyrządzam sobie kolejnej krzywdy. Robię na złość trochę jej, a trochę samej sobie i przygryzam dolną wargę aż do krwi. Dopiero cierpki, metaliczny smak w ustach sprawia, że powoli wybudzam się z amoku. Wtedy krzyk przechodzi w szloch, którego również nie kontroluję.
— Nie chcę tak żyć — stwierdzam żałośnie.
Teraz już naprawdę muszę wyglądać jak kupka nieszczęścia. Leah sięga po swoją torebkę leżącą na sofie i wyciąga z niej chusteczki, które mi podaje. Przychodząc tutaj chyba nie spodziewała się, że jest ze mną aż tak źle. Rzadko żaliłam jej się przez telefon, a częściej po prostu wypłakiwałam się w poduszkę. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że minęły już dwa miesiące, w czasie których powinnam już się pogodzić z zaistniałą sytuacją. A ja z każdym dniem coraz bardziej odczuwam brak Michiego.
— Gdybym tylko wiedziała, że jemu jeszcze choć trochę na mnie zależy... — myślę głośno, kiedy udaje mi się odrobinę uspokoić.
Leah przez cały czas współczująco głaszcze mnie po plecach. Pomimo tego, że dogadała się z Andreasem i porzuciła nasz klub złamanych serc, cieszę się, że jest ze mną.
— Musisz przestać o nim myśleć. Wiem, że łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić, ale skoro to jest skończone, to nie możesz ciągle do tego wracać, bo zwariujesz — tłumaczy kojącym głosem.
Naprawdę chciałabym postąpić zgodnie z jej radą, ale moje dwumiesięczne doświadczenie mówi mi, że to niemożliwe.
— Na co mi były te całe skoki? Mogłam nie pchać się w nie i pracować spokojnie w Wiedniu.
— Ale wtedy nie poznałabyś mnie. — Leah uśmiecha się pocieszająco. — I nadal byłabyś narzeczoną tego frajera.
Krzywi się w tak zabawny sposób, że po prostu parskam śmiechem. Leah wtóruje mi, zadowolona, że choć na chwilę udało jej się odegnać mój smutek.
— Tak w ogóle to wiesz może, co u niego? — pytam, mając na myśli Lucasa.
Zastanawiam się, jak to możliwe, że wcześniej się nim nie zainteresowałam.
— Przecież to twój były — zauważa Leah z udawanym wyrzutem. — No cóż, trzeba przyznać, że po tym wszystkim zachował się bardzo honorowo. Od razu załatwił Michiemu innego lekarza, a po sezonie złożył rezygnację. Nie mam pojęcia, co się z nim dzieje teraz.
— Pewnie zajmuje się już tylko kliniką swojego ojca — domyślam się.
Wcale nie jestem zaskoczona jego rezygnacją. Zależało mu na tym stanowisku, to prawda, ale wtedy jeszcze żył jego ojciec, a przez to jego udział w pracy w klinice był naprawdę niewielki. Teraz całe zarządzanie nią spadło na niego i na pewno nie dało się go pogodzić z niczym innym.
— Na szczęście on już nas nie musi interesować — stwierdza wesoło.
Odpowiadam jej teraz już nieco przygaszonym uśmiechem. To chyba jej się nie podoba.
— No, zbieraj się! — Uderza dłońmi o uda i podnosi się z podłogi. — Pokażesz mi to swoje ukochane miasto, a potem pójdziemy gdzieś na obiad — dodaje, widząc moje pytające spojrzenie.
— Nie mów mi, że nie byłaś nigdy w Wiedniu — odpowiadam niechętnie.
Dobrze wiem, o co jej chodzi. Ma ten sam cel, co Marie, tylko środki nieco łagodniejsze. Chce wyciągnąć mnie z domu, żebym przestała się zadręczać. A ja nie jestem pewna, czy mam w tej chwili ochotę na integrację z ludźmi.
— Byłam, ale szkolne wycieczki to nie to samo, co spacer z tubylcem. — Nie traci entuzjazmu.
Wzdycham, ale posłusznie podnoszę się z podłogi i udaję do łazienki, żeby poprawić makijaż. Kilka minut później od strony wizualnej jestem już gotowa do wyjścia. Od strony psychicznej – niekoniecznie.
Oprowadzanie Leah po mieście nie poprawia mi humoru. Nie cieszy mnie nawet spacer po pięknych ogrodach w Schönbrunn. Przede wszystkim dlatego, że pokazuję jej te miejsca, które w marzeniach wielokrotnie pokazywałam Michiemu. To miało być po tym, jak rozstanę się z Lucasem, a on skończy sezon na pierwszym miejscu w Klasyfikacji Generalnej i będzie mógł do mnie przyjechać. Wiele bym dała za to, żeby tak się to wszystko ułożyło.
Leah zadaje szczegółowe pytania na każdym przystanku naszej wycieczki, chcąc odwrócić moją uwagę od ponurych myśli. Będąc w najlepszej formie pewnie opowiadałabym jej o Wiedniu z błyskiem w oczach, bo przecież kocham to miasto i wszystko, co z nim związane, ale teraz ledwo zmuszam się do zdawkowych odpowiedzi. Po kilku godzinach, w czasie których zobaczyłyśmy naprawdę niewiele, Leah daje za wygraną i proponuje, żebym jednak wróciła do domu odpocząć. Kiedy się rozstajemy, przypomina mi o jutrzejszym maratonie, tak jakby wszędzie nie było pełno plakatów, które robią to równie skutecznie. Nie wspomina już za to o Andreasie i jestem jej za to wdzięczna.
Nie mam ochoty na spotkanie z kadrą. Wspomnienie tamtego poranka w hotelowej restauracji jest jeszcze zbyt żywe. Podejrzewam, że jeśli coś się zmieniło w ich myśleniu o mnie, to tylko na gorsze. Chcę jednak spędzić możliwie jak najwięcej czasu z Leah, więc mimo wszystko następnego dnia zjawiam się w miejscu startu.
Ale Leah nie wita mnie sama, bo towarzyszy jej Andreas. Usłyszeć o tym, że są razem, to jedno, a zobaczyć na własne oczy, to zupełnie co innego. Znajome ukłucie zazdrości pojawia się ze zdwojoną siłą. Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby je zignorować, bo czuję się przez nie źle. Powinnam cieszyć się ze szczęścia przyjaciółki, a poza tym Andreas jako jedyny ze skoczków wita mnie przyjaznym uśmiechem i zagaduje wesoło. W towarzystwie jego i Leah łatwo jest ignorować pozostałych członków kadry, którzy nieustannie kręcą się gdzieś w pobliżu. Problem pojawia się w momencie, gdy moi sprzymierzeńcy oddalają się gdzieś na chwilę, a ja zostaję sama. Wtedy spojrzenia mijających mnie osób, nawet tych nieznanych, zaczynają mi ciążyć. Tłum ludzi przytłacza mnie prawie tak samo jak wtedy w klubie z Marie i Amelie, bo chociaż nikt mnie nie szturcha i nie wpada na mnie, to czuję się wytykana palcami. W końcu postanawiam zmienić miejsce pobytu na jakieś bardziej odległe od kadry, nawet jeśli w ten sposób utrudnię Leah i Andreasowi odnalezienie mnie po powrocie.
Wędruję długo, ale im bardziej oddalam się od byłych kolegów i koleżanek, tym bezpieczniej się czuję. Zupełnie tak, jakbym opuściła obszar objęty szkodliwym promieniowaniem, na który wkroczyłam bez skafandra ochronnego. Po dwóch minutach przepychanki między ludźmi w większości zmierzającymi w kierunku przeciwnym do mojego, mogę odetchnąć z ulgą. Ale gdy nabieram w płuca większą porcję powietrza, zauważam twarz, od której chciałam uciec najbardziej.
Stefan Kraft stoi w odległości kilku kroków ode mnie i przypatruje mi się z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Mocny węzeł zaciska się gdzieś wewnątrz mojego brzucha. Pierwotnie zamierzam zignorować tego najmniej lubianego przeze mnie skoczka, ale w momencie gdy się od niego odwracam, wciąż czuję na sobie jego wzrok. Wreszcie decyduję się podjąć wyzwanie i niweluję dzielącą nas odległość.
— Coś nie tak? — pytam z udawaną uprzejmością i wymuszonym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
— Możemy porozmawiać? — odpowiada pytaniem na pytanie, a jego głos jest przy tym tak chłodny, że przez moje ciało, pomimo siedemnastostopniowej temperatury powietrza, przechodzi dreszcz.
— O czym? — przestaję dbać o to, żeby sprawiać wrażenie uprzejmej i przyjmuję ton niemal tak samo oziębły jak jego.
— A jak myślisz? — niemal warczy z irytacją. — Jest tylko jedna rzecz, która nas łączy — dodaje kąśliwie. Domyślam się, że nie jest zadowolony z tego, że ma ze mną cokolwiek wspólnego.
Nie rozumiem, skąd u niego to rozdrażnienie, skoro to on zaczął rozmowę, ale natychmiast mi się ono udziela.
— Niepotrzebnie się martwisz. Z mojej strony już nic ci nie zagraża, więc o ile Michi w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zmienił orientację, to droga wolna. — Nie mogę powstrzymać szyderczego uśmiechu, który sam się pcha na moje usta.
Stefan jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nadyma się i robi czerwony na twarzy niczym balon. Domyślam się, że trafiłam w czuły punkt, ale to jedynie zwiększa moją satysfakcję.
— Nie o to mi chodzi — mruczy przez zaciśnięte zęby.
— Nie? Chyba mi nie powiesz, że przez cały ten czas nie byłeś o mnie zazdrosny i nie lubiłeś mnie tylko dlatego, że po prostu coś ci we mnie nie przypadło do gustu?
Obserwuję jego narastającą wściekłość połączoną z zażenowaniem i sprawia mi to okrutną przyjemność. On staje się coraz bardziej czerwony i coraz mocniej zaciska pięści, a ja uśmiecham się coraz szerzej.
— Chciałem ci tylko powiedzieć, że jesteś głupia.
Uśmiech zastyga na mojej twarzy na krótką chwilę, gdy mam wrażenie, że się przesłyszałam, a potem powoli znika, kiedy dociera do mnie, że Stefan naprawdę to powiedział. Nim całkiem zdążę otrząsnąć się ze zdziwienia i wymyślić jakąś ripostę, on odzywa się ponownie. Nadal jest wściekły, ale widać, że dzięki obrażeniu mnie zrobiło mu się lepiej.
— Miałaś go na wyciągnięcie ręki i nawet nie musiałaś się specjalnie wysilać, bo on stracił dla ciebie głowę i wybaczyłby ci wszystko. A ty tak po prostu wyjechałaś. Jeśli naprawdę go kochałaś, to jesteś głupia, a jeśli tylko chciałaś się nim zabawić, to zasłużyłaś sobie na to, żeby wszyscy się od ciebie odwrócili. — W jego głosie wciąż słychać pogardę.
Teraz to mnie boli każde jego słowo. Mówi o tym, o czym doskonale wiem i czego nie potrafię sobie wybaczyć. Rozjusza wciąż niezagojone rany i sprawia, że zaczynają palić żywym ogniem.
— Po co mi o tym mówisz? Wygrałeś – nie możesz się po prostu z tego cieszyć i dać mi spokój? — Chociaż próbuję udawać, że swoją wypowiedzią nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, to mój głos drży. Ostatecznie odpuszczam sobie zgrywanie obojętnej, bo łzy gromadzące się pod powiekami i tak mnie zdradzają.
— Jak mam się cieszyć, kiedy mój najlepszy przyjaciel jest nieszczęśliwy?
Czyli o to mu chodzi? Zauważył, jak bardzo źle się czuję w skocznym towarzystwie i teraz chce mnie po prostu dobić? Jeśli tak, to jest na dobrej drodze ku temu.
— Myślisz, że ja jestem szczęśliwa? Że nie zdaję sobie sprawy z tego, jak bardzo go skrzywdziłam? — Nie zwracam uwagi na zdziwione spojrzenia posyłane nam przez ludzi dookoła i podnoszę głos. — Wbrew pozorom, Stefan, ja nie chciałam go zranić.
Odwracam twarz od niego, żeby otrzeć łzy, zanim rozmażą mi makijaż. Jestem pewna, że je zauważył i złoszczę się teraz na siebie, że ich nie powstrzymałam i dałam mu tę satysfakcję.
— Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego wtedy wyjechałaś — mówi już nieco spokojniej, niemal bez złośliwości. Być może jednak zrobiło mu się głupio, że przez niego płaczę.
— Wiesz jak to jest, kiedy nagle wszystko wymyka ci się spod kontroli i burzy się porządek, na który pracowałeś przez całe życie?
Nie mam pojęcia, dlaczego otwieram się akurat przed nim. To chyba kwestia tego, że już jest mi wszystko jedno, co o mnie pomyśli, bo prawdopodobnie widzimy się po raz ostatni.
— Zdarzały mi się gorsze chwile w karierze i tak się właśnie wtedy czułem — odpowiada po chwili wahania.
— A mnie się to wtedy zdarzyło pierwszy raz. I nie umiałam sobie z tym poradzić w inny sposób.
Stefan przygląda mi się w milczeniu, jakby rozważał, czy moje słowa na pewno są szczere. Sprawia wrażenie zakłopotanego. Chyba też nie spodziewał się, że ta rozmowa pójdzie w takim kierunku i że zamiast skakać sobie do gardeł, spokojnie wymienimy się refleksjami.
— Nie jest jeszcze za późno, żebyś spróbowała to naprawić — mówi wreszcie, powoli i niechętnie, jakby nie był do końca przekonany, czy może mi zaufać.
Jego słowa znów mnie dotykają, ale tym razem w inny sposób. Wzbudzają w moim sercu coś, co ja uśpiłam dwa miesiące temu – nadzieję. Są przy tym bardzo powściągliwe, ale i tak chwytam się ich rozpaczliwie, jak ostatniej deski ratunku, która pojawiła się na moim morzu rozpaczy.
— W jaki sposób? — Nie wybucham entuzjazmem i pozostaję sceptyczna, bo nie jestem pewna, czy mogę zaufać akurat jemu.
— Rusz głową, skoro tak bardzo ci na nim zależy — odpowiada, tym razem z typową dla siebie kąśliwością. — Ja tego za ciebie nie zrobię.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Czy to możliwe, żeby Stefan właśnie udzielił mi rady, której tak bardzo potrzebowałam? Wychodzi na to, że tak i nie potrafię zrozumieć, dlaczego to zrobił.
— Chyba Leah i Andreas cię szukają. — Wyrywa mnie z zamyślenia.
Obracam się w stronę, którą wskazuje kiwnięciem głowy i rzeczywiście ich dostrzegam. Macham do nich, żeby oni zauważyli mnie.
— Pójdę już — zwracam się do Stefana, robiąc kilka kroków w tył. — Powodzenia w biegu — dodaję jeszcze.
— Nie dziękuję — odpowiada, a na jego twarzy na ułamek sekundy pojawia się coś na kształt smutnego uśmiechu.

*

Hej! Jak widzicie, zjawiam się z nowym rozdziałem bardzo szybko jak na mnie, ale mam ku temu dobry powód. Dzisiaj mija równy rok, odkąd założyłam tego bloga i dodałam tu prolog. Rok. Dwanaście miesięcy, dwadzieścia trzy rozdziały i sześćdziesiąt tysięcy wyświetleń. Aż ciężko w to uwierzyć. Mam nadzieję, że coś się w tym czasie zmieniło w moim pisaniu na lepsze, że może stało się trochę dojrzalsze i po prostu ładniejsze. Bardzo bym tego chciała, bo w końcu piszę po to, żeby się rozwijać. W tym miejscu wypadałoby podziękować Wam wszystkim za to, że ze mną jesteście, więc zrobię to, ale nie w sposób wylewny, bo - najwyższy czas, żeby to powiedzieć - do końca opowiadania zostały już tylko dwa rozdziały i epilog, więc dziękować będę również przy pożegnaniu. A zatem DZIĘKUJĘ <3 Teraz krótko, bo wszystko, co chcę Wam przekazać, przekażę pod epilogiem.
Następny rozdział pojawi się za dwa tygodnie, być może trochę później, bo za tydzień wyjeżdżam i kiedy nie będzie mnie w domu, raczej nie będę pisać. Chyba że najdzie mnie wena - w razie czego zabieram laptopa ze sobą. Postaram się za to wreszcie nadrobić przez ten czas zaległości na Waszych blogach.
Całuję! ;* 
PS. Zapraszam do oddania głosu w nowej ankiecie w prawej kolumnie bloga. To dla mnie bardzo ważne. 

Obserwatorzy