niedziela, 11 grudnia 2016

Rozdział dwudziesty piąty


Już zanim otworzę oczy i przypomnę sobie wydarzenia minionego wieczoru, czuję radosne podekscytowanie. A kiedy widzę uśmiech Michiego, a potem odwzajemniam jego pocałunek, ogarnia mnie bezbrzeżne szczęście. Jednocześnie znów mam ochotę się rozpłakać, bo ciężko mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Jeszcze wczoraj o tej porze wpatrywałam się w sufit we własnym łóżku, szukając jakiegokolwiek powodu, dla którego miałabym wstać i rozpocząć kolejny beznadziejny dzień, a teraz budzę się w ramionach – już nie boję się tego powiedzieć – miłości mojego życia i nie potrzebuję niczego – wystarczy mi, że on jest przy mnie. Jednak najcudowniejsze w tym wszystkim jest to, że wiem, że on czuje do mnie to samo.
— Uwielbiam cię, kiedy jesteś taka — mruczy w moje usta pomiędzy pocałunkami.
— Taka, to znaczy jaka? — pytam z niekrytą ciekawością.
Odsuwa się na niewielką odległość, żeby móc na mnie spojrzeć.
— Taka zaspana, w mojej koszulce, w moim łóżku, w moich ramionach, taka... po prostu moja.
Rozczula mnie tymi słowami jeszcze bardziej, chociaż myślałam, że to już niemożliwe. Wyciągam dłoń do jego twarzy i głaszczę go po policzku. Mogłabym to robić przez cały dzień i jestem pewna, że nie znudziłoby mi się to.
— Będę twoja już zawsze — mówię. I choć robię to pod wpływem chwili, to nie jest to płonna obietnica.
Nie odpowiada. Nie musi odpowiadać. Gdy uśmiecha się w taki sposób jak teraz, wszystkie słowa są zbędne. A ja czuję, że mogłabym zrobić dla niego wszystko, byleby tylko móc patrzeć na ten uśmiech przez cały czas. Niestety, trochę mi to uniemożliwia, kiedy ponownie mnie do siebie przytula. Nie narzekam jednak. Wdycham zapach jego skóry i po prostu cieszę się chwilą.
— Możemy spędzić tak cały dzień? — pytam cicho.
Śmieje się, ocierając się policzkiem o moje czoło. Jednocześnie odnajduje pod kołdrą moją dłoń i splata swoje palce z moimi.
— Skarbie, z wielką chęcią, ale sama dobrze wiesz, że zaraz zaczniesz narzekać, że jesteś głodna, albo że po prostu za ciepło ci pod kołdrą.
Wzdycham ze zrezygnowaniem, ale też i rozbawieniem. Ma rację.
— Cieszę się, że tu jesteś — dodaje po chwili. — Nie masz pojęcia, jak bardzo.
— Mam pojęcie, bo jestem tak samo szczęśliwa jak ty — odpowiadam.
Nigdy nie sądziłam, że zwykłe leżenie w łóżku u boku mężczyzny będzie sprawiało mi tyle przyjemności. Że pewnego dnia obudzę się o poranku i będę szczęśliwa już zanim otworzę oczy. Ale nigdy nie przypuszczałam też, że spotkam kogoś takiego jak Michi, kogo obdarzę takim uczuciem. Myślałam, że Lucas to wszystko, co mogę dostać od losu i nie oczekiwałam niczego więcej. Michael pojawił się właściwie w ostatniej chwili, żeby wydostać mnie z tego życiowego marazmu. Co tu dużo mówić, uratował mnie od przykrości związanych z nieudanym małżeństwem i zaoferował w zamian dużo więcej – prawdziwą miłość.
Nie wiem, ile czasu ostatecznie spędzamy w ten sposób, ale to Michi pierwszy stwierdza, że już wystarczy i najwyższa pora zjeść jakieś śniadanie. Chcę pomóc mu w jego przygotowaniu, ale upiera się, że przyniesie mi gotowy posiłek do łóżka. Kilka jego pocałunków wystarczy, żeby przekonać mnie do tego pomysłu.
Kiedy on odchodzi do kuchni, ja wymykam się do łazienki. Michi przyniósł wieczorem moje rzeczy z auta, ale nie zmieniam jego koszulki na własne ubrania. Również w czasie szybkiego prysznicu używam jego żelu do mycia. Kiedy to robię, mam wrażenie, że stoi w kabinie ze mną i żałuję, że nie namówiłam go, żeby do mnie dołączył. Ale to nic straconego – mamy całe życie, żeby to nadrobić. Uśmiecham się na tę myśl.
Po wyjściu z łazienki zamierzam wrócić do łóżka, ale powstrzymują mnie przed tym głosy docierające z kuchni. Początkowo wydaje mi się, że Michi po prostu rozmawia z kimś przez telefon, ale po chwili orientuję się, że należą do dwóch różnych osób. Wiedziona ciekawością, postanawiam zlekceważyć prośbę Michiego i przekonać się, kto złożył mu wizytę.
Chyba nie powinnam być zaskoczona tym, że kiedy wchodzę do kuchni, moim oczom ukazuje się Stefan. Jego natomiast mój widok wprawia w wyraźne zdziwienie. Milknie wpół słowa, a następnie przygląda mi się uważnie, obrzucając spojrzeniem z góry na dół, jak gdyby chciał się przekonać, czy to na pewno ja.
— Cześć, Stefan — odzywam się pierwsza, żeby ułatwić mu zadanie.
— Dzień dobry, Liso — odpowiada szybko, chcąc ukryć swoje zmieszanie.
Przenosi wzrok na Michiego, unosząc przy tym jedną brew w pytającym geście i dając mu do zrozumienia, że oczekuje wyjaśnień.
Nic nie poradzę na to, że czuję w tej chwili satysfakcję. Stefan triumfował nade mną w mało przyjemny dla mnie sposób, więc mam teraz prawo do niewinnej zemsty. Podchodzę do Michiego i przytulam się do niego, mając świadomość, że Stefan bacznie się temu wszystkiemu przygląda. Ku mojemu zadowoleniu, Michael nie pozostaje bierny – najpierw obejmuje mnie ramieniem, a chwilę później całuje w czubek głowy. Nie muszę patrzeć na Krafta, żeby wiedzieć, że dusi w sobie wściekłość.
— Mogłeś mi powiedzieć, że nie jesteś sam — przerywa kłopotliwe dla siebie milczenie.
— Mogłeś dać znać, że przyjdziesz — odpowiada Michi.
Słyszę nieprzyjemny trzask kości, kiedy Stefan nerwowym ruchem splata dłonie i wygina palce.
— Przez ostatni miesiąc moje niezapowiedziane wizyty z zakupami nie sprawiały ci problemu. Nie sądziłem, że w ciągu dwóch dni coś się mogło w tej kwestii zmienić. — W jego głosie nie ma gniewu, obecny jest w nim raczej jakiś smutny zarzut.
Z każdym kolejnym jego słowem zaczynam żałować tego, że zachciało mi się tej demonstracji uczuć. Uświadamiam sobie, jak bardzo musiała ona zaboleć Stefana i robi mi się z tego powodu głupio. Nie lubię go i wiem, że słusznie jestem o niego zazdrosna, ale to nie zmienia faktu, że nie zasługuje na to, aby cierpieć, bo w tym czasie, kiedy mnie nie było, to on troszczył się o Michiego i był przy nim, kiedy potrzebował wsparcia. Gdyby nie on, być może nie miałabym do kogo się teraz przytulać. W ogóle, gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj, bo przecież to właśnie rozmowa z nim była dla mnie impulsem do działania. Powoli zaczyna do mnie docierać, że miłość Stefana do Michiego jest dużo większa od mojej, bo ja nie byłabym w stanie poświęcić swojego szczęścia po to, aby on mógł być szczęśliwy z kimś innym.
— Przecież nie powiedziałem, że to jest dla mnie problem, że przyszedłeś teraz — Michael polubownym tonem próbuje uspokoić przyjaciela. Na twarz przybiera spokojny uśmiech, czuję jednak, że robi się spięty.
Widać po Stefanie, że się waha. Przeciera twarz dłonią i wygląda przy tym na bardzo zmęczonego. Zaczyna mi się go robić żal.
— I tak nie chcę wam przeszkadzać — mówi wreszcie, siląc się przy tym na coś, co w jego zamierzeniu zapewne miało wyglądać jak uśmiech, a w ostatecznej wersji bardziej przypomina grymas obrzydzenia.
Teraz to Michael nie jest pewien, co powinien odpowiedzieć. Jasne jest to, że Stefan mimowolnie będzie nam przeszkadzał, jeśli zostanie i wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony nie wypada tak po prostu pokiwać głową i przyznać mu rację.
— Nie przeszkadzasz nam — odpowiadam zamiast Michaela, chcąc pomóc mu wybrnąć z tej sytuacji i trochę uspokoić własne wyrzuty sumienia. Jednak moja nieszczerość wręcz razi i Stefan wcale nie kryje się z tym, że ją wyłapał, tym razem krzywiąc się umyślnie.
Telefon Michaela dzwoniący w sypialni przerywa tę niezręczną rozmowę.
— Zaraz wracam. — Michi ostrożnie odsuwa mnie od siebie i wychodzi z kuchni.
Dopiero kiedy zostaję z Stefanem sam na sam, uświadamiam sobie, jak bardzo nieodpowiednio jestem ubrana. Mam na sobie tylko koszulkę Michiego, która wprawdzie jest luźna i sięga mi niemal do połowy uda, ale nie zmienia to faktu, że pod spojrzeniem Stefana zaczynam czuć się naga. Pozornie od niechcenia krzyżuję ręce na piersiach, żeby ukryć brak stanika.
— Kiedy wczoraj z tobą rozmawiałem, nie sądziłem, że będziesz aż tak szybka — odzywa się chłodnym tonem, kiedy kroki Michiego cichną w głębi mieszania.
Bezskutecznie próbuję przełknąć gulę, która pojawia się w moim gardle. Naprawdę chciałabym jakoś pomóc Stefanowi, ale po prostu nie mogę.
— Stefan, ja go naprawdę kocham. — Mówię mu o tym, bo wiem, że choć wolałby, aby było inaczej i żebym zostawiła Michiego w spokoju, to w sytuacji, gdy i tak tego nie zrobię, fakt, że jestem szczera w uczuciach, może odrobinę go pocieszy.
— Kochasz go — powtarza kpiąco. — Ale nie przeszkadzało ci to w wodzeniu go za nos przez ostatnie pół roku i sprawieniu mu więcej bólu, niż ktokolwiek inny kiedykolwiek wcześniej.
Wzdycham ze zrezygnowaniem. Naprawdę nie musi mi o tym przypominać, bo dobrze wiem, że zachowałam się w stosunku do Michaela podle i czuję się z tego powodu źle za każdym razem, gdy o tym pomyślę.
— Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz zaakceptować to, że ze mną będzie szczęśliwy, pomimo tego, że na niego nie zasługuję.
Ta rozmowa z każdą chwilą staje się coraz bardziej niezręczna. Patrzę na wejście do kuchni, ze zniecierpliwieniem nasłuchując kroków Michaela, który niestety nie nadchodzi.
— Jeśli znowu go skrzywdzisz, będziesz miała do czynienia ze mną. — Domyślam się, że chce brzmieć groźnie, ale nie udaje mu się to. W jego drżącym głosie słychać tylko smutną niemoc.
— Obiecuję ci, że tego nie zrobię — odpowiadam pewnie. — I dziękuję ci za to, co mi wczoraj powiedziałeś. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie ty.
Uśmiecha się sarkastycznie, ale jego oczy pozostają smutne.
— Nie zrobiłem tego dla ciebie — mówi i jest przy tym tak chłodny, że po moim ciele przebiega nieprzyjemny dreszcz.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Tym szczerym wyznaniem wprawia mnie w zażenowanie. Chciałabym mieć mu za złe to, że jest taki oziębły, ale nie potrafię, bo rozumiem, dlaczego tak się dzieje i jestem pewna, że na jego miejscu zachowywałabym się tak samo.
— Pójdę już — oznajmia po chwili. — Pożegnaj ode mnie Michiego.
Kiwam mu głową na pożegnanie. Nie odprowadzam go do drzwi, bo to nie moje mieszkanie, a poza tym wydaje mi się, że on tu się czuje bardziej jak u siebie niż ja. A przynajmniej czuł się tak, zanim się pojawiłam.
Czuję ogromną ulgę, kiedy znika. Jego obecność zaczynała mi ciążyć nie tylko przez mój brak bielizny, ale też przez te wszystkie niewypowiedziane słowa, które wisiały między nami w powietrzu i z których oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę.
Michi wraca chwilę po jego wyjściu. Rozgląda się po kuchni dezorientowanym wzrokiem zupełnie tak, jakby myślał, że Stefan gdzieś się schował i zaraz wyskoczy z najmniej oczywistego miejsca.
— Prosił, żebym cię od niego pożegnała. Chyba jednak trochę mu się spieszyło. — Dodaję to drugie zdanie po to, aby podnieść Michiego na duchu. Niepotrzebnie. Dobrze wiem, że on wie, że sama nie wierzę w to, co mówię.
— Pewnie tak — odpowiada mimo tego.
Uśmiecha się w tak smutny sposób, że zaczynam żałować, że nie zatrzymałam Stefana. Przytulam go, mając nadzieję, że to poprawi mu humor.
— Wiesz, trochę się o niego martwię — wyznaje po chwili milczenia. — Dziwnie się zachowuje w ostatnim czasie, szczególnie po tym zerwaniu z Marisą. Czasem mam wrażenie, że... — urywa, popadając w zamyślenie. Cierpliwie czekam, aż zbierze myśli, ale gdy to się dzieje, dodaje tylko — nieważne.
Nie dopytuję. Mam dziwne wrażenie, że doskonale wiem, o czym chciał powiedzieć i dlaczego jednak tego nie zrobił.
— Kto dzwonił? — zmieniam temat, domyślając się, że to właśnie tego najbardziej teraz potrzebuje.
Nie mylę się. Michi od razu się ożywia, a wspomnienie odwiedzin Stefana powoli zaczyna odchodzić w zapomnienie.
— Moja mama. Zaprosiła nas na obiad.
— Nas?
Kiwa głową z wyraźnym zadowoleniem.
— Na początku zapraszała tylko mnie, bo nie chciała, żebym niedzielne popołudnie spędzał sam, ale kiedy powiedziałem, że mam towarzystwo, stwierdziła, że tym bardziej muszę przyjechać i koniecznie zabrać cię ze sobą. Chyba nie odmówisz, co? — Przyciąga mnie do siebie i pozornie niechcący muska palcami okolice moich ud, do których sięga jego koszulka.
— Twojej mamie? Nie śmiałabym — odpowiadam przekornie.
Michi uśmiecha się szelmowsko, a sekundę później wsuwa dłonie pod T-shirt, który mam na sobie, zaciskając je lekko na moich nagich pośladkach. Tym razem w jego geście nie ma nic niewinnego i nieumyślnego.
— A co ze mną? — mruczy, dociskając mnie do siebie jeszcze bardziej.
— Nigdy nie potrafiłam oprzeć się twojemu urokowi, wiesz o tym — mówię cicho, zbliżając swoje usta do jego ust.
Przymyka oczy i bierze głęboki wdech. Mówiłam już, że uwielbiam sposób, w jaki reaguje na moją bliskość?
— Jeśli zaniosę cię teraz do łóżka, to już nigdy nie zjemy tego śniadania. — Zachowanie jasności umysłu kosztuje go wiele wysiłku, o czym świadczy podłużna zmarszczka widoczna na jego czole.
— Kto powiedział, że musisz zanieść mnie do łóżka? — pytam, posyłając mu filuterne spojrzenie, którego efekt wzmacniam przygryzając dolną wargę.
Nie zastanawia się długo. Całuje mnie żarliwie i unosi tak, abym oplotła nogami jego biodra, a następnie sadza na skraju kuchennego blatu. Nie ogranicza się z pocałunkami tylko do moich ust – składa je także na szyi i w zagłębieniach obojczyków.
— Ładnie pachniesz — mruczy. — Ale nie przypominam sobie, żebym pozwalał ci używać moich kosmetyków.
— Następnym razem możesz się wykąpać ze mną i przypilnować, żebym używała własnych — odgryzam się.
— Na pewno skorzystam z tej propozycji.
Nie mówi już nic więcej, bo dbam o to, żeby jego usta miały inne zajęcie. Nie potrafiłabym zresztą prowadzić z nim rozmowy w momencie, gdy błądzi dłońmi po całym moim ciele, szczególną uwagę poświęcając piersiom i przez to sprawiając, że drżę z rozkoszy, już zanim zsunie bokserki.
Nie przejmuję się tym, że skraj blatu wbija się boleśnie w dół moich pleców, a jego zimno drażni moją rozgrzaną skórę. Skupiam się na Michim – na drżeniu jego rąk, żarliwości pocałunków i wreszcie na sposobie, w jakim się we mnie porusza. Kochaliśmy się już wiele razy, a mimo tego to wciąż jest tak samo ekscytujące jak za pierwszym. Z nim wszystko jest takie świeże i pociągające, zaczynając od niewinnego pocałunku, a na seksie w kuchni kończąc. Nie potrafię teraz zrozumieć, w jaki sposób wytrzymałam te dwa miesiące bez jego bliskości. Nie jestem też w stanie wyobrazić sobie tego, że nagle znów miałoby mi zabraknąć jego dotyków, pocałunków i szeptów, którymi wypowiada najczulsze słowa. Takie myśli sprawiają, że kiedy już po wszystkim tuli mnie do siebie, nie potrafię odegnać łez, które gromadzą się pod moimi powiekami, a później spływają po policzkach, zostawiając na nich mokre ślady. Michi reaguje na ich widok w sposób, jakiego bym się nie spodziewała.
— Wszystko w porządku? Coś cię bolało? — W jego oczach na miejscu ekscytacji natychmiast pojawia się zaniepokojenie.
Rozczula mnie tym zmartwieniem, na które reaguję kolejną falą łez i głośnym łkaniem. Kręcę przecząco głową w odpowiedzi na jego drugie pytanie, nie zdając sobie sprawy z tego, że może uznać to za reakcję na pierwsze z nich.
— Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? — Niepewny wyrzut miesza się w jego głosie z troską. Wierzchem jednej dłoni ociera łzy z mojej twarzy, a drugą gładzi mnie po plecach.
— Nie o to chodzi — mówię cicho, kiedy udaje mi się odrobinę uspokoić. — Nic się nie stało.
— W takim razie co się dzieje? — pyta, niezbyt przekonany moimi niejasnymi tłumaczeniami.
— Po prostu pomyślałam o tym, jak bardzo nie chciałabym cię teraz stracić — wyznaję, walcząc z kolejną porcją łez.
Napięcie powoli go opuszcza, a na jego twarzy pojawia się uśmiech pełen niedowierzania.
— Jesteś nienormalna — stwierdza i brzmi przy tym całkiem poważnie. — Nigdzie się nie wybieram i tobie też nie pozwolę odejść. Jesteś na mnie skazana, rozumiesz?
Kiwam głową, uśmiechając się przez łzy.
— Nie myśl już o tym, co było, okej? Jestem z tobą i to jest najważniejsze — dodaje jeszcze.
Kładę twarz na jego ramieniu i rozkoszuję się dotykiem jego palców na moich plecach. Tuli mnie do siebie przez dłuższą chwilę, aż wreszcie odsuwa się delikatnie i mówi:
— Zróbmy wreszcie to śniadanie, bo umieram z głodu.
Tym razem już nie nalega na to, żebym wracała do łóżka. Razem zabieramy się za przygotowanie naleśników. Korzystamy przy tym ze składników przyniesionych ze Stefana, nie poruszamy jednak jego tematu w rozmowie.
Podoba mi się to wspólne gotowanie z Michim. To taka prosta rzecz, ale właśnie to jest w niej najlepsze. Spotykając się ukradkiem w hotelowych pokojach nie mieliśmy okazji do cieszenia się takimi zwykłymi elementami codziennego życia i dlatego radują nas one teraz podwójnie. Z tego powodu wcale nie jestem zadowolona, kiedy smażenie naleśników przerywa nam dzwonek telefonu, tym razem mojego.
Odnajduję go w torebce porzuconej na komodzie przy drzwiach wejściowych do mieszkania. Wyciągam go z niej z postanowieniem odrzucenia połączenia i powrotu do Michiego, ale zmieniam plany, kiedy na wyświetlaczu widzę zdjęcie Leah.
— Mam nadzieję, że nie dajesz znaku życia dlatego, że uprawiasz gorący seks z Michaelem, a nie dlatego, że z rozpaczy po odrzuceniu postanowiłaś się zabić — zaczyna mówić, zanim ja skończę wypowiadać swoje „halo”.
Śmieję się głośno i od razu wybaczam jej to, że zakłóciła mi ten uroczy poranek spędzany z ukochanym.
— Pierwsza opcja jest bliższa prawdy. Właśnie smażymy naleśniki — odpowiadam.
— Smażycie naleśniki — powtarza mętnym tonem wzbogaconym o nutę niedowierzania. — Boże, jaka ty jesteś nudna. A co z gorącym seksem?
Spoglądam w stronę Michaela, który stoi kilka metrów dalej i nie sprawia wrażenia, żeby cokolwiek słyszał, ale na wszelki wypadek ściszam głos w telefonie.
— O to też nie musisz się martwić — odpowiadam.
Cieszę się, że Leah nie widzi mnie w tej chwili, bo na pewno zażartowałaby sobie z rumieńców, które pojawiają się na moich policzkach.
— Lisa, nie masz pojęcia, jak się cieszę — wyznaje, wyzbywając się przy tym żartobliwego tonu. — Mam nadzieję, że wszystko mi opowiesz, kiedy się spotkamy.
— Obiecuję — zapewniam.
— Cudownie. Nie przeszkadzam wam w takim razie. Odezwij się, kiedy będziesz miała czas.
W każdej innej sytuacji żegnałabym się z nią niechętnie, ale teraz nie czuję żadnego żalu, gdy wrzucam telefon z powrotem do torebki. Wracam do Michiego i naszych naleśników, których aromatyczny zapach zaczyna się już roznosić po całym mieszkaniu.
Po śniadaniu wracamy do łóżka i leżymy w nim do południa, oglądając telewizję. Wstajemy dopiero wtedy, gdy nadchodzi czas, aby szykować się na obiad do jego mamy. Martwi mnie to, że nie przywiozłam ze sobą żadnych odpowiednich ubrań na pierwszą wizytę u przyszłych teściów, ale Michi zapewnia mnie, że to, co mam, jest wystarczające. Trochę mnie tym pociesza, bo chociaż nie ma pojęcia o dobieraniu damskich strojów do okazji, to zna trochę swoją mamę i wie, co jej się podoba, a co nie.
Jego rodzice mieszkają w swoim rodzinnym domu w małym miasteczku pod Linzem, więc przejazd do nich zajmuje trochę czasu. Jestem mocno zdenerwowana. Nie mam pojęcia, jak Brigitte zareaguje na mój widok. Z relacji Michiego wynikało, że na wzmiankę o mnie zareagowała bardzo entuzjastycznie, ale kto wie, czy później nie przypomniała sobie wydarzeń z Turnieju Czterech Skoczni, kiedy dowiedziała się, że mam narzeczonego, a mimo tego mieszam w głowie jej synowi. Po konkursie w Bischofshofen na pewno przestała myśleć o mnie dobrze i nie jestem pewna, czy teraz tak szybko się to zmieni.
Dom rodziców Michiego nie różni się dużo od innych, które mijamy na ulicach miasteczka. Średniej wielkości, prosty, niewymyślny, z czerwonym dachem i wysypanym żwirkiem podjazdem, na którym Michael zatrzymuje swoje auto. Wysiadam z niego, ale zatrzymuję się przy drzwiach i nie idę naprzód. Uświadamiam sobie, że boję się bardziej niż przy pierwszej wizycie u rodziców Lucasa.
— Zdenerwowana? — Głos Michiego wyrywa mnie z zamyślenia.
Podchodzi do mnie i obejmuje mnie delikatnie.
— Nie wiem, co twoja mama sobie o mnie teraz myśli — tłumaczę i czuję się przy tym tak niezręcznie, że uciekam przed jego wzrokiem.
— Że jesteś kobietą, którą kocham do szaleństwa i która również kocha mnie, ale potrzebowała czasu, żeby to sobie uświadomić.
Rumienię się, kiedy to mówi. Nieśmiało podnoszę wzrok, a wtedy napotykam jego rozbawione spojrzenie.
— Naprawdę nie masz się czym przejmować. Moja mama bardzo cię lubi.
Muszę mu zaufać, nie mam innego wyjścia. Chwytam dłoń, którą do mnie wyciąga i podążam za nim w stronę drzwi do domu. Michi po prostu wchodzi do środka, bez wcześniejszego pukania, czy dzwonienia. Głośnym „Jesteśmy” zawiadamia rodziców o naszym przybyciu. Chwilę później zjawiają się w przedpokoju, żeby nas przywitać. Nie zmienili się ani trochę odkąd widziałam ich po raz ostatni na Turnieju Czterech Skoczni. Oboje wciąż są szeroko uśmiechnięci, zadowoleni z widoku swojego syna i, co w tym momencie jest dla mnie najważniejsze, nie okazują żadnych przejawów wrogości wobec mnie.
— Miło cię znów widzieć, Liso — mówi Brigitte, całując mnie w oba policzki i uśmiechając się porozumiewawczo.
— Panią również — odpowiadam.
Z każdą chwilą jej zachowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że moje obawy były absolutnie bezpodstawne. Podczas obiadu prowadzi ze mną uprzejmą rozmowę i sprawia przy tym wrażenie szczerze zainteresowanej tym, co mówię. Pomija temat Lucasa i mojego nieudanego związku, nie wypytuje też o rodziców. Zastanawiam się, czy to Michi kiedyś jej powiedział o moich złych relacjach z ojcem, czy podświadomie domyśliła się, że rozmowa o nich byłaby dla mnie niezręczna. Brigitte i Josef są dla mnie tak mili, że szybko przestaję czuć się niezręcznie, a zaczynam mieć wrażenie, jakbym była u siebie. Ma na to wpływ również atmosfera panująca w ich domu, którego wystrój jest zupełnie inny od tego w domu moich rodziców. Brak tutaj perfekcyjnego minimalizmu, wręcz przeciwnie – na meblach ciężko o pustą powierzchnię, bo pełno na nich bibelotów i ramek ze zdjęciami Michiego i jego braci. Nadają one pomieszczeniom pewien charakter, podczas gdy cały dom moich rodziców jest po prostu bezosobowy. To trochę dziwne, ale tutaj czuję się dużo lepiej niż z własną rodziną. Nie chcę stąd wychodzić. Jest mi dobrze, kiedy Brigitte częstuje mnie posiłkami przygotowanymi przez nią, a nie przez wynajętą kucharkę, Josef z zainteresowaniem wypytuje o moją pasję do gry w tenisa, a Michi ściska moją dłoń i od czasu do czasu pyta, czy przypadkiem czegoś mi nie potrzeba. Za każdym razem zaprzeczam, bo prawda jest taka, że wreszcie mam to, o czym od dawna marzyłam. Ma miejsce tylko jedna sytuacja, kiedy czuję się niezręcznie, a mianowicie w kuchni, podczas gdy pomagam Brigitte w krojeniu ciasta.
— Wiesz, czasem cieszę się, że chłopcy już z nami nie mieszkają. Naprawdę ciężko jest gotować dla skoczków. Te ich diety są tak restrykcyjne, że chwilami byłam bliska szaleństwa — opowiada mama Michiego, przekładając szarlotkę z blaszki na paterę. — Nie śmiej się, bo wkrótce sama się o tym przekonasz — dodaje, widząc moje rozbawienie.
— Już zdążyłam się o tym przekonać. Spędziłam ze skoczkami cały sezon — przypominam jej.
— Samodzielne gotowanie, a oglądanie gotowych dań na talerzu to co innego — upiera się przy swoim.
Kroi jeszcze jeden kawałek ciasta, po czym odkłada nóż obok blaszki i przenosi na mnie spojrzenie, które nagle stało się niepokojąco poważne.
— Lisa, Michi naprawdę wiele wycierpiał w ostatnim czasie — mówi, ściszając przy tym głos, a tym samym dając mi do zrozumienia, że chce, aby ta rozmowa pozostała między nami.
Naprawdę wolałabym, żeby nie poruszała tego tematu. Z drugiej strony rozumiem jednak, że martwi się o swojego syna, bo ciężko jest jej tak po prostu zaufać mi po tym, jak się wobec niego zachowałam.
— Zdaję sobie z tego sprawę i naprawdę jest mi przykro. Mogę pani powiedzieć tylko tyle, że gdybym potrafiła cofnąć czas, to na pewno postąpiłabym inaczej.
— Co się stało, to się nie odstanie. — Wzdycha. — Ja chcę tylko, żeby on był szczęśliwy.
— Będzie — obiecuję. — Nie musi się pani o to martwić — dopowiadam zdecydowanym tonem.
Brigitte chyba wierzy moim słowom, bo odpowiada na nie uśmiechem.
Po obiedzie wracamy do Michiego. Niestety nie na długo, bo ze względu na zbliżający się nieubłaganie poniedziałek muszę wracać do Wiednia. Ciężko jest mi się z nim rozstać teraz, kiedy dopiero co go odzyskałam. Najchętniej zostałabym tutaj, w tej innej rzeczywistości, w której Michael sprawia, że wszystko staje się lepsze. Kiedy żegnam się z nim przy moim aucie, ponownie uświadamiam sobie, że nie przeżyłabym, gdybym znów miała go utracić. Michi wniósł do mojego życia coś więcej niż miłość. Zrozumienie, akceptacja, rodzinne ciepło – to wszystko, za czym tak bardzo tęskniłam. Nie umiałabym tak po prostu wrócić do poprzedniej, smutnej egzystencji, gdyby nagle ktoś mi go odebrał.
Czas mija, a ja wciąż stoję przytulona do niego i ani myślę o tym, aby wsiąść do auta i odjechać.
— Skarbie, przecież przyjadę do ciebie w piątek. — Michi śmieje się, ale w jego oczach widzę, że on też nie jest zadowolony z mojego wyjazdu.
— No właśnie. W piątek. To oznacza pięć dni bez ciebie — odpowiadam.
Odsuwa mnie od siebie na niewielką odległość, żeby móc złożyć na moich ustach żarliwy pocałunek.
— Przyjadę tak wcześnie, jak tylko będę mógł — obiecuje.
Kiwam głową na znak, że mu wierzę. Chwilę później wsiadam wreszcie do auta i odjeżdżam, z wielkim bólem, ale jednak.
Dziwnie jest teraz wrócić do mieszkania, które w ostatnim czasie było świątynią mojego smutku. Bo tego smutku już we mnie nie ma. Pomimo tego, że Michi został w Linzu, a ja wróciłam do Wiednia, jestem szczęśliwa. Wiem przecież, że tym razem rozstałam się z nim tylko na chwilę i mam pewność, że niedługo znów się z nim zobaczę. Znajdując się ponownie w miejscu, w którym jeszcze kilka dni temu poświęcałam większość czasu na płacz lub bezsensowne wpatrywanie się w ekran telewizora, odczuwam pewien dysonans. Zwiędłe kwiaty, o które w ogóle nie dbałam i wypalone świeczki waniliowe, na miejscu których nie postawiłam nowych, w ogóle nie pasują do mojego obecnego nastroju. Obiecuję sobie, że następnego dnia zrobię w tym mieszkaniu porządek, a tymczasem kładę się spać z myślą, że podczas snu nie czuje się powolnego upływu czasu.
Michi zjawia się w piątkowe popołudnie, chwilę po moim powrocie z pracy. Staje w drzwiach mojego mieszkania z ogromnym bukietem czerwonych róż, mówiąc:
— Tym razem naprawdę nie chcę ich wyrzucać.
— Nie musisz — odpowiadam ze śmiechem.
Jego obecność to coś, czego brakowało temu mieszkaniu. Urządziłam je od początku do końca sama, zgodnie z moim gustem i wyposażyłam we wszystko, co było według mnie potrzebne do stworzenia dobrego nastroju. Nie miałam tylko osoby, która razem ze mną cieszyłaby się byciem tutaj – aż do teraz.
Na kolację przygotowuję jego ulubionego łososia i zaskakuję go butelką, również jego ulubionego, czerwonego wina. Nie jest to ostatnia niespodzianka, jaką mam dla niego, bo specjalnie na dzisiaj kupiłam nowy komplet bielizny, który bardzo przypada mu do gustu, kiedy już ściągam również nową sukienkę. Pościel w sypialni zmieniłam na niemal identyczną jak ta w Waldorfie, co nie umyka jego uwadze. Spędzamy cudowny wieczór, a przecież przed nami jeszcze cały weekend, który może być jeszcze lepszy. Następnego dnia pokazuję mu Wiedeń. Moje miasto, a nie stolicę Austrii opisywaną w przewodnikach dla turystów. Chodzę z nim po ulicach za rękę, całuję w oczekiwaniu na zielone światło na przejściach dla pieszych. Robię wszystkie te rzeczy, o których tak długo marzyłam i pomimo tego, że sprawia mi to ogromną radość, to nie czuję z tego powodu żadnej ekscytacji. Mam wrażenie, że to coś właściwego, coś, co powinno być w moim życiu rutyną już od dawna. Wszystko jest na swoim miejscu i ja jestem na właściwym miejscu – obok Michiego, którego kocham od momentu, gdy ujrzałam go po raz pierwszy.
I wiem, że nie przestanę kochać go już nigdy.

*

I wreszcie jest. Długo oczekiwany, ostatni rozdział. Mogę powiedzieć tylko tyle, że dziękuję Wam za cierpliwość i przepraszam, że w ogóle musiałam o nią prosić. Mam nadzieję, że jeszcze nie zapomniałyście o mnie i o tej historii i że rozdział przypadł Wam do gustu. Starałam się, żeby nie był beznadziejny, co było trudne, bo trochę wyszłam z wprawy w pisaniu. Myślę, że epilog uda mi się opublikować w czasie przerwy świątecznej, ale na wszelki wypadek proszę o wyrozumiałość.
Trochę na to za wcześnie, ale chciałabym życzyć Wam Wesołych Świąt, spędzonych w miłej, rodzinnej atmosferze. To czas wybaczania, więc pomyślcie wtedy o mnie i wybaczcie mi to, że kazałam Wam czekać na ten rozdział prawie cztery miesiące ;) No i odpocznijcie od szkoły i innych obowiązków, cieszcie się tą chwilą spokoju.
Dzisiaj ograniczam się w tej notce pod rozdziałem, bo w następnym poście będę miała dużo więcej do napisania :)
Całuję ;*

11 komentarzy:

  1. Boże jak ja krzyczę. Ten blog jakoś mi się tak dobrze kojarzy i to jeszcze z poprzednim sezonem, ze jak zobaczyłam wpis o nowym rozdziale to się jak na skrzydłach unosić zaczęłam. Poczekaliśmy sobie, nie ma co, ale rozumiem, że blog nie jest priorytetem. Poza tym zbyt bardzo kocham to opowiadanie by się gniewać, że trzeba było czekać, więc po prostu cieszę się, że znowu mogę do Hajbeka i Lisy wrócić. Poza tym piszesz tak długie rozdziały, że wszystko zostaje wynagrodzone. Ja tylko nie wiem co ja zrobie po epilogu. Co ja będe czytać?? Trzymam mocno kciuki i modlę się, że szybciutko weźmiesz się za pisanie czegoś nowego.
    Jaki Michi jest kjut. I ten cały rozdział podczas którego szczerzę się do ekranu komputera jak głupia. Zasłużona sielanka♥
    Też Ci życzę Wesołych Świąt, odpoczynku i weny do napisania epilogu, a potem pierwszego rozdziału kolejnego opowiadania;>

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwzględniam cię w moim "okresie przebaczania", ale tylko dlatego, że przez cały ten rozdział powtarzałam na zmiane "awwww" i "kochaneeeee". Bo Lisa-już-nie-idiotka naprawdę się stara i to widać, szkoda tylko tej sytuacji ze Stefanem, ale no w sumie to jestem ciekawa, on jest tym gejem czy nie? XDD (liczę na odpowiedź w epilogu :*)
    Ogólnie bardzo spoko, że mama Michiego jest taka kochana i powiedzmy, daje Lisie "drugą szansę", często mamusie są tak mega zakręcone na punkcie swoich syneczków, więc tym bardziej super, że wykreowałaś Brigitte właśnie w ten sposób. Nie chcę tutaj za dużo wypisywac, bo ja też następnym razem będę miała troszkę do powiedzenia, więc teraz ograniczę się do WESOŁYCH ŚWIĄT!!!!!!!! :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmm, dziwna sytuacja ze Stefanem, on jest ewidentnie zazdrosny.Zakochał się w Michaelu?? Mam nadzieję,ze to w epilogu się wyjaśni. Opłacało się tyle czekać na nowy rozdział. Można wreszcie pwowiedzieć- nareszcie- zachowują się tak jak już od dawna powinni. Po wielu trudach są wreszcie razem, tylko czy nic ich szczęścia nie zaburzy,
    Już nie mogę się doczekać epilogu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jedno słowo: kocham ❤❤❤❤
    Ola

    OdpowiedzUsuń
  5. Doczekałam się. Bardzo intryguje mnie sytuacje ze Stefan. Mam nadzieję, że w epilogu rozwiejesz lub potwierdzisz moje domysły.
    Nie mogę się doczekać zakończenia.
    Życzę weny :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Krótko i na temat: im dłużej czekałam tym bardziej rozumiałam, że to, co piszesz jest tak genialne, że nie da się bez tego żyć.😍😘

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej!
    Ja nie mam Ci czego wybaczać. Ostatnio też coraz ciężej mi przysiąść i napisać rozdział, dlatego też żadna nowość u mnie się nie pojawia :/
    A tutaj aż ciężko jest mi uwierzyć, że to już ostatni rozdział:( Jakoś nie potrafię sobie uświadomić, że czekam tylko na epilog.
    Niby wszystko zmierza ku dobremu. Lisa i Michi są bardzo szczęśliwi, tylko zachowanie Stefana może burzyć ich szczęście :/ Hm... Mam nadzieję, że jednak nie zaskoczysz nas czymś nieoczekiwanym w epilogu. No, chyba że czymś pozytywnym ;)
    Tylko jedno jeszcze mnie ciekawi. Czy zamierzasz publikować coś po skończeniu tego opowiadania??? Oby tak :)
    Czekam na epilogu.
    Serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Idealny również życzę pogodnych świąt <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudowny, wspanialy, rewelacyjny.. brakuje mi slow...
    Przeczytalam wszystkie rozdziały na jednym wdechu mozna powiedzieć. Dawno nie czytalam niczego tak dobrego. Umiesz pisac i masz niesamowity talent do tego. Lisa draznila mnie od poczatku strasznie za to Michael...ech to Michael uwielbiam go i tym bardziej ciesze sie ze w tym opowiadaniu byl taki ..kochany :-)
    Teraz jak zobacze go na belce startowej bede miala przed sobą obraz tego Michaela z opowiadania :-P
    Co dziwne Krafta nie bo mam nadzieje ze Stefan jest w rzeczywistosci naprawde sympatyczny :)
    Pamietam jak sie zawsze pisalo o zazylej relacji Gregora z Morgim ale Michael i Stefan to chyba wyzszy level ;-)
    Tym bardziej jestem ciekawa czy jest zakochany tutaj w Naszym blondynie ;)
    Dziekuje Ci za watek Koflera - bardzo lubie Kofiego i kibicuje mu od ponad 10 lat zwlaszcza ze nie ma ff w ktorych za dużo wystepuje :-)
    Sciskam Cie serdecznie czekam na epilog i zycze Wesolych Swiat ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Heej :)
    I jest, pojawia się Annie, której nikt nie widział tutaj od września :))) Pojawia się, bo choć oficjalnie jej się umarło lub zasnęło, to wciąż czekała na ten rozdział, na Lisę, na Michaela i na Melanię w tej niesamowitej odsłonie. I na kryptogeja Stefana... Ja już nie mam wątpliwości co do ciągot Kraftiego w tym opowiadaniu. Składając to wszystko do kupy, analizując kolejne wydarzenia i sceny, dochodzę do wniosku, że to nie miłość Michiego i Lisy jest tu ideałem, tylko inne uczucie, znacznie szlachetniejsze. Jak kocha trzeba, żeby to wytrzymać, a na samym końcu poświęcić swoje spełnienie dla drugiej osoby? Ile jest bólu w tym wszystkim? Ile wyrzeczeń? Ile pewności? Tak naprawdę to nie wyjazd naszej gołąbków, ich wspólne poranki i smażenie naleśników, są sednem i pięknem, a właśnie to poświęcenie i skazanie samego siebie na niespełnienie. Brawo dla Stefana.
    Pewnie. Mamy prawdopodobnie happy end. Mamy szczęście, mamy spełnienie, mamy wygraną walkę. Mamy wszystko to, co chciałyśmy.Tyle przeszliśmy razem z Michim i Lisą, że trudno uwierzyć, że to koniec, że za chwilę się rozstaniemy. Człowiek chciałby ich oglądać już zawsze. Czytam to opowiadanie, przyglądam się bohaterom i rozumiem sens opowieści. To wszystko, relacje, emocje są po prostu pięknymi definicjami szczęścia.
    Gratuluję Ci kochana tego, że stworzyłam cudo.

    Ann.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy