niedziela, 24 lipca 2016

Rozdział dwudziesty drugi


W poniedziałek nie pozwalam już sobie na luksus lenistwa. Po tym jak oznajmiłam ojcu, że nie potrzebuję jego wsparcia finansowego, nie mogę dłużej pozostawać bezrobotną. Dlatego rano wstaję wcześniej i udaję się na przebieżkę, która pobudza mnie po tygodniowym letargu.
A potem wracam do życia.
Nie mam problemu ze znalezieniem nowej pracy. Mało który lekarz w moim wieku może pochwalić się pracą z kadrą narodową. Przyjmują mnie w prywatnej przychodni sportowej, ale mój staż ma się rozpocząć dopiero w marcu. To daje mi całą masę czasu na rozmyślanie w samotności.
Nie żałuję tego, co powiedziałam ojcu. Żałuję, że zrobiłam to tak późno. Gdybym zerwała z Lucasem wcześniej, i tak doszłoby do tej rozmowy. Nie miałabym teraz narzeczonego, ojca, ani pracy, czyli wszystko byłoby tak samo. Z tą różnicą, że miałabym Michaela. Nie potrafię sobie tego wybaczyć.
Co jakiś czas rozmawiam z Leah, która informuje mnie o jego stanie zdrowia. Dzięki temu wiem, że jest już w Linzu i tam poddaje się rehabilitacji. Zanosi się na to, że bez problemu będzie mógł rozpocząć przygotowania do nowego sezonu. Pociesza mnie to tylko odrobinę, bo wolałabym się dowiadywać o tym od niego samego.
Ale moje rozpaczanie niczego nie zmieni, bo życie toczy się dalej. Jedyne, co mogę zrobić, to mieć nadzieję, że przyniesie mi jeszcze coś dobrego.
Nie wytrzymuję już samotności. Na początku przynosiła ukojenie, ale teraz zaciska się wokół mnie coraz mocniej i nie pozwala swobodnie oddychać. Każda minuta spędzona w cichym mieszkaniu jest wypełniona myślami o tym, jak głupia byłam, trzymając się kurczowo Lucasa i ojca, podczas gdy prawdziwe szczęście miałam na wyciągnięcie ręki. Staram się jak najczęściej wychodzić z domu, bo to jedyny sposób, żeby poczucie winy nie doprowadziło mnie do szaleństwa. Trochę uciążliwe jest to, że wszyscy moi znajomi w tygodniu są zajęci pracą, ale za to już na sobotni poranek udaje mi się umówić na mecz z Marie. Nie darzę ją ogromną sympatią, ale to jedyna z nielicznych osób, które nie poświęcają soboty swojej rodzinie.
Marie jest specyficzna. Różnimy się bardzo od siebie, bo podczas gdy ja przez całe życie dążę do tego, aby się ustatkować u boku porządnego mężczyzny, ona ucieka od zobowiązań i wszystkie związki kończy po kilku spotkaniach. Nigdy nie potrafimy się dogadać w tej kwestii, dlatego tematów dotyczących relacji damsko-męskich unikamy się jak ognia. Bardzo się pilnujemy w trakcie naszych rozmów i często stają się przez to sztywne. Jestem jednak dobrej myśli, bo po pierwsze większość czasu spędzimy na grze, a po drugie nie widziałyśmy się tak dawno, że będziemy miały sobie wiele do opowiedzenia.
Spotykamy się na kortach, czyli w miejscu, w którym się poznałyśmy. Jako nastolatki trenowałyśmy w tym samym klubie i pomimo tego, że nasze drogi trochę się rozeszły, bo Marie postanowiła zostać dziennikarką, to czasem wciąż widujemy się na towarzyskich meczach. Czeka na mnie w nieco zatłoczonej szatni. Witamy się przyjacielskim uściskiem.
— Lisa, jak ty schudłaś! — Robi dwa kroki w tył i obrzuca mnie spojrzeniem z góry na dół. — Nowa dieta?
Tak, karmię się zmartwieniem.
— Nie, po prostu miałam ostatnio na głowie wiele spraw ważniejszych od jedzenia. — Silę się na uśmiech, żeby zabrzmiało to bardziej beztrosko.
— Coś się stało? — Marie od razu staje się poważniejsza.
— Nie, wszystko w porządku — zaprzeczam szybko.
Kiwa głową z wyraźną ulgą. Przypominam sobie, że nigdy nie radziła sobie dobrze w roli pocieszycielki i czuła się niezręcznie, kiedy ludzie zwierzali jej się ze swoich problemów. Muszę wyglądać jeszcze gorzej, niż mi się wydawało, skoro taka osoba jak Marie, nieczuła na krzywdy innych, dostrzegła we mnie jakąś niepokojącą zmianę.
— Co u ciebie? — zmieniam temat, na wypadek, gdyby Marie jednak zechciała poznać powód mojej utraty wagi.
Przebieramy się, a ona w międzyczasie opowiada o artykułach, które w ostatnim czasie napisała i o wrednej szefowej. Lepiej mi, kiedy to ona mówi, a ja słucham. Siedziałam sama ze sobą już tak długo, że znam swoje myśli za dobrze, aby jeszcze wypowiadać je na głos. Ale zaczynam czuć się jeszcze lepiej, kiedy po szybkiej rozgrzewce wychodzimy na kort i zaczynamy grać. Wreszcie mogę odsunąć od siebie wszystkie problemy i skupić się na czymś innym. Marie to wymarzona przeciwniczka na tę chwilę, bo jest wymagająca i muszę się mocno skoncentrować, żeby prawidłowo odczytywać jej ruchy i przewidywać zagrania. Ostatecznie to ona wygrywa po długim i bardzo wyrównanym meczu.
— Uwielbiam z tobą grać — wyznaje, kiedy spotykamy się przy siatce. — Musimy się umówić jak najszybciej na kolejny mecz.
— Jestem wolna do końca lutego, więc dzwoń, kiedy tylko będziesz miała ochotę — odpowiadam z uśmiechem, który pierwszy raz od dawna jest szczery. Ta gra naprawdę dobrze mi zrobiła.
— Nie pracujesz? — Zdziwienie nakazuje jej złamać swoje zasady i zainteresować się życiem drugiej osoby.
— Zmieniłam pracę, ale zaczynam nową dopiero od marca — tłumaczę krótko.
Marie marszczy brwi podejrzliwie, ale nie pyta już o nic więcej. Zbieramy z ławek nasze rzeczy i wracamy do szatni.
— To co teraz? Idziemy jeszcze na lunch? — proponuje, kiedy obie jesteśmy już po prysznicu i zakładamy na siebie codzienne ubrania.
Zgadzam się chętnie, bo wciąż nie mam ochoty na powrót do mieszkania. Niedaleko kortów jest restauracja, do której udajemy się pieszo. O tej porze pełno tutaj zamożnych wielbicieli tenisa w wieku moich rodziców, ale nie zniechęca nas to. Żadna z nas nie ma ochoty na szukanie innych lokali, a poza tym ten jest sprawdzony, bo odwiedzamy go niemal po każdej wspólnej grze. Mam tylko nadzieję, że nie spotkam ojca, który czasem również tu przychodzi.
— Jestem tak głodna po tej grze, że najchętniej zjadłabym wszystko. Rzadko mi się to zdarza — stwierdza Marie, przeglądając kartę dań.
Przyjmuję ten komplement dla moich umiejętności z uśmiechem.
— Ja też zawsze jestem najgłodniejsza po meczach z tobą — odpowiadam, chcąc jej się odrobinę przypodobać.
Marie prostuje się dumnie na swoim krześle, ale chwilę później posyła mi karcące spojrzenie, kiedy zamawiam tylko sałatkę z grillowanym kurczakiem.
— Najgłodniejsza po meczach ze mną? — przedrzeźnia mnie z kpiną w głosie. — Trzeba było wziąć same grzanki, to na pewno bym ci uwierzyła.
— Okej, żartowałam — przyznaję się.
Marie również zamówiła sałatkę, ale do tego jeszcze podwójną porcję naleśników z owocami i bitą śmietaną.
— Zasłużyłam na to — komentuje krótko moje rozbawienie. — Też byś sobie mogła pozwolić na coś więcej.
— Nie mam ochoty — odpowiadam zgodnie z prawdą. Po ostatnim tygodniu spędzonym na jedzeniu lodów słodycze mocno mi zbrzydły.
— Z tobą naprawdę jest coś nie tak — stwierdza Marie, nachylając się ku mnie nad stołem.
— Mówiłam, że wszystko w porządku — zaprzeczam równie szybko, co za pierwszym razem. — Po prostu nie mam ochoty na słodycze — dodaję, chcąc ją przekonać.
Ale nie udaje mi się to. Jest nieustępliwa. Swoim spojrzeniem wywiera na mnie presję, której nie jestem w stanie utrzymać. Odwracam na chwilę wzrok, ale ze zrezygnowaniem przenoszę go z powrotem na nią, kiedy uświadamiam sobie, że w ten sposób właśnie niechcący się zdradziłam.
— Nie chcesz, to nie mów. — Marie wzrusza ramionami, a ja wypuszczam powietrze z ulgą. Jednak znów robię się spięta, kiedy Marie od niechcenia pyta — Co u Lucasa?
Chowam twarz w dłoniach z bezsilnym westchnięciem. Poddaję się, nie dam rady dłużej udawać.
— Już nie jesteśmy razem.
Mimo wszystko reakcja Marie jest zabawna. Do tej pory nieporuszona, teraz wytrzeszcza oczy w zdumieniu, a po chwili uśmiecha się z niepohamowaną satysfakcją.
— Wiedziałam — prawie wykrzykuje, wyrzucając przy tym ramiona w górę.
Niemal natychmiast zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo niewłaściwe to było. Zatyka usta dłonią i kuli się jak przerażone dziecko.
— Lisa, przepraszam, nie o to mi chodziło. To źle zabrzmiało. — Wolną dłoń wyciąga na stole i ściska moją rękę.
Odwzajemniam uścisk i próbuję się uśmiechnąć.
— Wiem, o co ci chodziło, nie przejmuj się — pocieszam ją.
Jej wyrzuty sumienia muszą być ogromne, bo pyta o szczegóły. Nie puszcza przy tym mojej dłoni, tak jakby bała się, że jej dotyk to jedyna rzecz, jaka powstrzymuje mnie przed wybuchnięciem płaczem.
— Okazało się, że mamy różne oczekiwania wobec związku — odpowiadam oględnie.
— Po tak długim czasie! — Kręci głową z niedowierzaniem. — Przykro mi — mówi ze szczerym żalem.
— Widocznie tak musiało być — stwierdzam filozoficznie i wzruszam przy tym ramionami. Przerażające jest to, że naprawdę niewiele mnie obchodzi moje rozstanie z Lucasem. Marie zdziwiłaby się, gdybym jej powiedziała, czego tak naprawdę żałuję.
— Widocznie — zgadza się ze mną, ucinając temat.
Kiedy rozmowa się urywa, Marie popada w zadumę. Bawi się serwetką, zginając ją na zmianę to w jedną, to w drugą stronę, aż wreszcie wychodzi z niej coś na kształt żurawia.
— W takim razie jesteś teraz singielką — odzywa się ponownie, kiedy żuraw już jest gotowy i stoi niestabilnie obok jej szklanki z sokiem pomarańczowym.
Ton Marie jest wesoły, a jej twarz rozjaśniona uśmiechem, tak jakby właśnie stwierdziła, że wygrałam finał Wimbledonu, a nie została sama. Jako feministka uważa bycie singielką za zaszczytny stan, na który mogą sobie pozwolić jedynie silne i niezależne kobiety. A ja nie chcę być silną i niezależną kobietą. Nienawidzę bycia singielką, nienawidzę bycia sama, bez nikogo, przy kim mogłabym zasypiać i się budzić, kto mógłby mnie przytulić i pocieszyć po gorszym dni, komu mogłabym upiec ciasto czekoladowe zupełnie bez okazji. Nienawidzę mojego życia bez Michaela i dlatego drażni mnie radosny ton Marie. Mam ochotę wykrzyczeć jej w tę uśmiechniętą twarz, że nie ma pojęcia, jak to jest być szczęśliwą w związku i dlatego nie powinna się wypowiadać.
— Na to wychodzi — odpowiadam zamiast tego. Pod stołem zaciskam dłonie w pięści, żeby jakoś rozładować narastające we mnie rozdrażnienie.
Marie chyba dostrzega, że nie podzielam jej entuzjazmu, bo próbuje mnie przekonać, że bycie singielką to najlepsza rzecz, jaka mogła mi się w życiu przydarzyć.
— Nie masz nad czym rozpaczać. Możesz teraz ubierać się, jak chcesz, jeść, co chcesz, chodzić, gdzie chcesz i podrywać co wieczór innych chłopaków. Bycie w związku jest przereklamowane.
— Chyba mamy inne priorytety życiowe — stwierdzam kąśliwie.
Kręci głową z dezaprobatą, ale nie ustępuje.
— Tak, ty koniecznie chcesz zostać kurą domową, a ja cieszę się życiem, póki figura mi na to pozwala. Daj spokój, Lisa, jeszcze będziesz miała czas na męża i dzieci.
Nie mam ochoty się z nią sprzeczać. Musiałabym powiedzieć jej o Michaelu, a i tak nie jestem pewna, czy wtedy by zrozumiała. Wolę nie ryzykować, bo to, że dzisiaj popołudniu wszystkie nasze wspólne koleżanki będą wiedziały o moim zerwaniu z Lucasem, w zupełności mi wystarczy. Nie mam wątpliwości co do tego, że Marie zda sprawozdanie z naszej rozmowy całemu światu, bo obok braku empatii jej kolejną wadą jest brak dyskrecji. Lisa Meyer rozstająca się z narzeczonym na pewno wprawi wszystkich w głębokie zdumienie, więc nikt nie musi wiedzieć o Lisie Meyer zdradzającej narzeczonego, bo to wywołałoby jeszcze większą sensację.
Daje mi chwilę na zastanowienie, nie widząc, że toczę wewnętrzną walkę o to, czy wyjść stąd, żeby przerwać tę irytującą rozmowę, czy pozostać, żeby zrobić wrażenie uprzejmej.
— Mam pomysł. Pójdziemy dzisiaj wieczorem do klubu i przekonasz się, że takie życie jest o niebo lepsze.
Jest z siebie tak zadowolona, jakby to był najlepszy pomysł, na jaki w życiu wpadła. Patrzę na nią z politowaniem.
— Nie — odpowiadam krótko.
— Tak — odbija piłkę Marie. — Musisz iść. To lepsze niż siedzenie na kanapie i wyjadanie lodów łopatą.
Skąd wiedziała?
Śmieje się, widząc moje zdziwienie.
— Specjalizuję się w leczeniu takich beznadziejnych przypadków jak twój — tłumaczy. — Daj mi szansę, a zobaczysz, jaka jestem skuteczna. No dalej, co masz lepszego do roboty?
Akurat w tej kwestii Marie ma rację. Nie mam nic lepszego do roboty. Mogę albo pójść z nią do klubu, albo zostać w domu i stawać się coraz bardziej zgorzkniała.
— Niech ci będzie — ustępuję. — Ale żadnego swatania mnie z twoimi kandydatami.
Unosi ręce z dłoniami skierowanymi wnętrzem w moją stronę i uśmiecha się niewinnie.
— Nic na siłę — obiecuje słodkim tonem. — Przyjadę po ciebie o dziewiątej.
— Przecież możemy spotkać się na miejscu.
— Zapomnij. Nie mam żadnej gwarancji, że nie zrezygnujesz i na pewno przyjdziesz. Przyjadę po ciebie i osobiście zaprowadzę do najlepszego klubu i tym mieście.
Nie mam już nic do powiedzenia. Jak to jest, że otaczam się kobietami, które z taką łatwością potrafią mnie zdominować? Leah też rzadko umiem się sprzeciwić. Chyba najwyższy czas coś zmienić w swoim życiu.
Już do końca lunchu Marie ma taką minę, jakby odznaczyła się najwyższej klasy czynem społecznym. Brakuje jeszcze tylko, żeby wypięła dumnie pierś i poprosiła o przypięcie orderu za zasługi na rzecz leczenia złamanych serc.
Wpadłam w sieci, jakie na mnie zastawiła i wiem, że nie dam rady już się z nich wyplątać. Dlatego, choć wciąż niechętnie, szykuję się do wieczornego wyjścia. Nie wiem, jaki klub uważa za najlepszy w tym mieście, ale brzmi poważnie, dlatego mimo wszystko staram się wyglądać dobrze. Kończę przygotowania punktualnie o dziewiątej, a Marie zjawia się pięć minut później. Wraz z nią w taksówce czeka Amelie, z którą również czasem zdarza mi się grać w tenisa.
— I ty przeciwko mnie? — mruczę do niej na powitanie.
Odpowiada bezczelnym uśmiechem.
— Będzie super, zobaczysz.
Może mają rację. Może faktycznie powinnam pogodzić się z faktem, że Lucas i Michael należą już do przeszłości, a moje życie toczy się dalej. A jeśli nie ostatecznie pogodzić, to przynajmniej spróbować zapomnieć chociaż na chwilę.
Okoliczności sprzyjają zapomnieniu. Zaczynamy naszą nocną przygodę od jakiegoś baru, w którym zamawiamy po drinku.
— Za Lisę, która wreszcie wkroczyła na właściwą życiową ścieżkę — wznosi toast Marie.
Stukamy się kieliszkami. Amelie, również zatwardziała singielka, sącząc powoli drinka, zachwyca się trafnością toastu, podczas gdy ja swojego wypijam pospiesznie, chcąc upić się jak najszybciej, żeby łatwiej znosić tę sytuację. Udaje mi się to po dwóch kieliszkach wódki, które wypijam samotnie, przy akompaniamencie żartów koleżanek. Nie przejmuję się nimi. Najważniejsze, że kiedy wreszcie wchodzimy do docelowego klubu, jestem już lekko wstawiona.
Źle się czuję w tłumie ludzi zamroczonych alkoholem. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w całkowitej izolacji i cała ta klubowa atmosfera po prostu mnie przytłacza. Marie i Amelie z gracją przepływają między tancerzami na parkiecie, podczas gdy ja wciąż na kogoś wpadam, wciąż jestem przez kogoś potrącana. Kiedy wreszcie siadamy przy wolnym stoliku, świat wiruje mi w oczach w rytmie szybkiej muzyki. Mam dość.
— Wszystko w porządku? — Amelie nachyla się w moją stronę i krzyczy mi do ucha.
Potakuję, żeby nie uznały mnie za beznadziejny przypadek nudziary. Żadna z nich nie zauważa, że kłamię.
Wypijamy po drinku, przez co czuję się jeszcze gorzej. Pomimo ich nalegań zostaję przy stoliku, kiedy one wychodzą na parkiet. Zostawiają mnie w spokoju, bo obiecuję, że dojdę do nich, jak tylko poczuję się bardziej pijana. Tak naprawdę nie chcę się czuć bardziej pijana, bo już teraz muzyka wwierca mi się w mózg i potęguje nieprzyjemne doznania wzrokowe. Zakrywam oczy dłońmi, żeby zatrzymać wirujący świat.
Nie wiem, ile czasu upływa do momentu, gdy Marie i Amelie wracają do stolika w towarzystwie trzech facetów. Trzech. Od razu się domyślam, że ta liczba wcale nie jest spowodowana zamiłowaniem do trójkątów jednej z nich. Puszczający do mnie oczko brunet jedynie potwierdza te przypuszczenia.
— Przyprowadziłyśmy ci kolegę — krzyczy do mnie Marie. — Lisa – Stefan, Stefan – Lisa — dodaje.
Stefan. Nie mogły trafić gorzej z tym imieniem.
Posyłam Stefanowi wymuszony uśmiech i niechętnie robię mu miejsce obok siebie. Dziewczyny wymieniają ze sobą znaczące spojrzenie i wydaje im się, że tego nie widzę. Zaczynam żałować, że nie wyszłam z klubu w momencie, gdy ich nie było.
Kelnerka przynosi nam kolejne drinki. Od tej chwili wszystko zlewa się w jedną całość, tworząc kolorową plamę doznań. Słodko-gorzki smak alkoholu w ustach, ręka Stefana na mojej talii, stykające się z moim ramię Amelie, w stronę której wciąż się przesuwam, starając się znaleźć jak najdalej od Stefana. Śmiechy dziewczyn i ich towarzyszy, pytanie Stefana, czy zatańczę, ludzie wirujący na parkiecie, włosy innych kobiet, którymi wciąż obrywam po twarzy i moje, które lepią się do mojego spoconego czoła, Stefan obracający mną raz w prawo, raz w lewo, Stefan trzymający ręce na mojej talii, Stefan uśmiechający się zawadiacko, Stefan trzymający ręce na moich pośladkach, Gregor uśmiechający się przepraszająco na imprezie u Michiego, Stefan zbliżający swoją twarz do mojej, Michi mówiący, że mnie kocha, Amelie posyłająca mi uśmiech aprobaty, łapczywe usta Stefana na mojej szyi, parkiet przechylający się niebezpiecznie, moje "przepraszam, muszę iść do toalety", Amelie przytrzymująca mi włosy, kiedy nachylam się nad brudnym sedesem, chłód kafelek podłogowych i wreszcie twarda ściana kabiny toaletowej.
— Tutaj nie da się znaleźć odpowiedzialnego faceta — mamroczę cicho.
Przypatruję się Amelie spod półprzymkniętych powiek. Makijaż ani trochę jej się nie rozmazał, włosy ani trochę nie napuszyły. Zastanawiam się, ile władowała w nie lakieru i bezwiednie wyciągam do nich rękę, żeby to sprawdzić. Dziewczyna źle interpretuje ten gest i ściska moją dłoń, chcąc dodać mi otuchy.
— Nie miałaś tu szukać odpowiedzialnego faceta, tylko po prostu się zabawić — tłumaczy. Jest lekko rozdrażniona. Nie dziwię się, pewnie wolałaby być w tej kabinie ze swoim chłopakiem, a nie ze mną. — Nieźle się załatwiłaś — wzdycha, odgarniając kosmyki włosów przyklejone do mojego czoła.
Wydawało mi się, że o to właśnie chodzi. Żeby się upić, a potem dać zmacać obcemu facetowi. Ale Amelie sprawia wrażenie względnie trzeźwej, czego nie jestem w stanie zrozumieć. Gdybym wypiła mniej, na pewno nie pozwoliłabym Stefanowi wyciągnąć się na parkiet.
Zza drzwi kabiny dochodzą do nas śmiechy i rozmowy innych dziewczyn. W tym momencie dociera do mnie, że to nie jest życie dla mnie. Że chodzenie po klubach może było zabawne kilka lat temu, ale będąc z Lucasem, zupełnie od tego odwykłam. Nie tego potrzebuję, nie tego szukam.
— Jestem taka stara — jęczę z żalem.
Amelie komentuje moje wyznanie pobłażliwym uśmiechem. Podnosi się z posadzki i wyciąga ręce w moją stronę.
— Wstawaj. Chyba najlepiej ci zrobi powrót do domu.
Nie protestuję. Pozwalam jej się wyprowadzić na ulicę, gdzie chłodne powietrze przyjemnie owiewa moją rozgrzaną twarz. Amelie narzuca mi płaszcz na ramiona, chociaż wydaje mi się to zupełnie zbędne. Muzyka dociera nawet tutaj, ale nie jest już tak nachalna i przytłaczająca. Nie mam ochoty wsiadać do taksówki, więc Amelie wpycha mnie do niej siłą. Przeraża mnie to ciasne, wypełnione ciemnością wnętrze. Amelie chce jechać ze mną, ale zapewniam ją, że poradzę sobie sama. Nie robię tego dlatego, że nie chcę psuć jej zabawy. Po prostu wydaje mi się, że nie ma tu miejsca na jeszcze jedną osobę i jeśli ona wsiądzie do środka, obie się udusimy. Zgadza się zostawić mnie samą, choć niechętnie. Prosi, żebym napisała jej SMS-a, kiedy już będę w domu, ale brzmi przy tym tak, jakby doskonale wiedziała, że o tym zapomnę.
Przesypiam całą drogę. Kiedy wysiadam z taksówki, czuję się tak, jakbym imprezowała dwie noce z rzędu, a nie tylko kilka godzin. Zdecydowanie wyszłam z wprawy. Będąc z Lucasem, rzadko kiedy odwiedzałam kluby. W domu nawet się nie rozbieram, tylko kładę na łóżko w ubraniu. Wiem, że Marie miała dobre intencje, ale tej nocy nie będę wspominała dobrze. Zamiast przekonać się, że nie będąc w stałym związku mogę się świetnie bawić, zrozumiałam tylko, że nie chcę żyć w taki sposób. Nigdy nie interesowały mnie przygody na jedną noc i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Potrzebuję kogoś, kto pokocha mnie całą, a nie jedynie zachwyci się moim ciałem. Potrzebuję Michaela i obawiam się, że nikt mi go nie zastąpi. Kolejny raz uświadamiam sobie, jak wiele straciłam i kolejny raz przepełnia mnie żal, który w ciągu ostatnich tygodni ani trochę nie zelżał.
Amelie pierwsza dzwoni rano, żeby spytać, jak się czuję. Od Marie nie spodziewam się telefonu, a jednak odzywa się, chociaż zdecydowanie większa część naszej rozmowy to jej żarty na mój temat i złośliwe pytania, kiedy wybierzemy się na kolejną imprezę. Odpowiadam, że jeśli bardzo chce się ze mną spotkać, to tylko i wyłącznie na korcie.
Wieść o moim rozstaniu z Lucasem bardzo szybko roznosi się na wszystkie strony świata. Mój telefon nieustannie dzwoni, a skrzynka odbiorcza staje się pełna SMS-ów od koleżanek. Ludzie dzielą się dwa typy. Pierwszy to tacy, którzy spotykają się ze mną i udają, że nic nie wiedzą o moim nowym statusie związku, robiąc przy tym drobne aluzje, żeby mimo wszystko poznać szczegóły. Drudzy zazwyczaj na samym początku rozmowy oznajmiają, że już wiedzą i z udawaną troską pytają, jak się czuję. Niektórzy zazdroszczą mi tej odrobiny emocji, powiewu świeżości w codziennej egzystencji, bo sami nie są na tyle odważni, żeby zdobyć się na tak szalony czyn, jakim jest zmiana. Inni współczują mi tej tragedii, która tak bardzo wstrząsnęła moim idealnym życiem. Wszystkich łączy jedno – są głodni sensacji. Ich poukładane życia są tak nudne, że napawają się porażką mojego związku, bo takie wydarzenia to rzadkość w ich świecie. I wszystkich mam tak samo dość. Ze zdziwieniem zauważam, że nie ma w moim otoczeniu nikogo, komu mogłabym przedstawić prawdziwą wersję wydarzeń, czyli powiedzieć o Michaelu i mieć pewność, że reszta znajomych się o tym nie dowie. Zastanawiam się, jak mogłam przez te wszystkie lata wytrzymywać z tymi obłudnymi ludźmi, przejmować się ich zdaniem i starać się o ich szacunek. Czy przed Michaelem moje życie było na tyle poukładane, że nie potrzebowałam żadnej zaufanej osoby, której mogłabym się zwierzyć ze swoich problemów, czy po prostu byłam ślepa na ich nieszczerość? A może zawsze byłam samotna, ale nie zauważałam tego, bo nie wiedziałam, jak to jest być naprawdę rozumianą? Niezależnie od tego, jak było kiedyś, teraz tracę wszelką ochotę na utrzymywanie kontaktów z tymi ludźmi i ostatecznie staję się skazana na swoje towarzystwo.
Na szczęście zaczyna się marzec, a wraz z nim moja praca. Powoli zaczynam rozumieć Lucasa i jego pracoholizm. Już w pierwszych dniach często zostaję po godzinach, bo w przychodni szybciej mija mi czas. Nie mam rodziny ani życia towarzyskiego, do którego mogłoby mi się spieszyć. Pacjenci i współpracownicy to jedyne osoby, do których odzywam się w ciągu dnia. Czasem zdarza mi się rozmawiać przez telefon z Leah, ale nigdy za długo, bo w końcowej fazie sezonu, kiedy zmęczenie zawodników narasta, narzeka na nadmiar pracy. Od czasu do czasu spotykam się z mamą. Zawsze u mnie w mieszkaniu lub na mieście, nigdy u niej w domu. Nie pytam otwarcie o ojca, ale czytam między wierszami jej wypowiedzi i wnioskuję, że wciąż jest na mnie zły. A ja nie mam zamiaru pierwsza wyciągać do niego ręki, bo nie mam sobie nic do zarzucenia.
Powoli godzę się z faktem, że tak teraz będzie wyglądać moje życie. Przyzwyczajam się do jego jednostajnego rytmu, bo to jedyne, co mogę zrobić. Przyglądam się bezsilnie, jak godziny, dni i tygodnie uciekają mi przez palce i wciąż wypominam sobie swoją głupotę, przez którą straciłam miłość, a zarazem jedyny sens mojej jałowej egzystencji.
Piątego marca staję przed potężnym dylematem. Złożyć Michaelowi życzenia urodzinowe, czy nie? Jeśli tak, to w jaki sposób? Nie wyobrażam sobie, że po tym wszystkim mogłabym do niego tak po prostu zadzwonić, albo napisać SMS-a. Zresztą czego mogłabym mu życzyć? Szczęścia, które sama mu odebrałam? Post na jego tablicy na Facebooku też nie wchodzi w grę, bo zbyt wiele nas łączyło, żebym mogła ograniczyć się do krótkiego "wszystkiego najlepszego" lub "sto lat". Wszystkie rozwiązania związane z formami pisanymi wydają mi się żałośnie tchórzliwe, ale z drugiej strony nie jestem na tyle odważna, żeby zadzwonić. Jeszcze chwilę przed północą biję się z myślami, obracając telefon w rękach, aż wreszcie data na wyświetlaczu zmienia się na szósty marca, a ja rezygnuję z podejmowania jakichkolwiek prób kontaktu z nim. Nie chcę rozgrzebywać ran, które dopiero co powoli zaczęły się zabliźniać. Rano Leah mocno mnie krytykuje, bo uważa, że to była moja szansa na odnowienie kontaktów z nim, ale kiedy pytam, co według niej miałam mu powiedzieć, nic sensownego nie przychodzi jej do głowy. To utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam. On i tak pewnie już od dawna myśli, że przestał mnie obchodzić, skoro po jego wypadku nie zadzwoniłam ani razu, żeby spytać, jak się czuje. Może powinnam była zlekceważyć jego prośbę i dać mu jakiś znak, który świadczyłby o tym, że nie jest mi obojętny, ale po zerwaniu z Lucasem i kłótni z ojcem nie miałam do tego głowy. Teraz mogę już tylko się zastanawiać, co by się stało, gdybym jednak się do niego odezwała.

Mniej więcej w połowie marca ma miejsce wydarzenie w pewnym sensie przełomowe dla mojego życia. W sobotnie przedpołudnie w moim mieszkaniu rozlega się dźwięk domofonu, a gdy podnoszę słuchawkę, moich uszu dochodzi głos ojca proszącego, abym wpuściła go do środka. Jestem za bardzo zdziwiona, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Otwieram mu drzwi do budynku i dopiero kiedy odkładam słuchawkę, zalewa mnie fala złości. Wygonił mnie ze swojego domu, a teraz przychodzi do mojego? Zupełnie tak, jakby nie było tamtej kłótni, jakby nie uderzył pięścią o stół i nie powiedział, że jeśli wyjdę, to mogę więcej nie wracać. Jakbyśmy przez cały ten czas od tamtej rozmowy utrzymywali normalne stosunki, jakby nic się nie zmieniło, a przecież zmieniło się wszystko. Zastanawiam się nad powodem jego wizyty i postanawiam, że jeśli nie ma na celu przeprosin, to od razu go wygonię.
W soboty nie pracuje, ani nie ma żadnych służbowych spotkań, a mimo tego ma na sobie idealnie skrojony, szary garnitur i zarzucony na niego dopasowany płaszcz. Tę elegancką stylizację zaburza papierowa torba, którą trzyma w dłoni. Jestem ciekawa, czy ma w niej coś dla mnie, czy po prostu przyszedł bezpośrednio po wizycie w jakimś centrum handlowym. Szybko ganię się w myślach za to zainteresowanie jego sprawami. Powinny być mi one obojętne, tak jak moje sprawy są obojętne jemu.
— Po co przyszedłeś? — witam go chłodno.
To zadziwiające, ale chyba spodziewał się cieplejszego przyjęcia, bo marszczy brwi i wykrzywia usta w geście dezaprobaty. Mam ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale wciąż pamiętam, że to mój ojciec i mimo wszystko należy mu się z mojej strony choć odrobina szacunku.
— Porozmawiać — odpowiada spokojnie. — Zechcesz wpuścić mnie do środka?
Niechętnie ustępuję mu miejsce w drzwiach i pozwalam wejść. Od razu zaczyna się ciekawie rozglądać. Najpierw po salonie, który jest widoczny z przedpokoju, a potem po połączonej z nim kuchni.
— Dawno mnie tu nie było — zauważa lekkim tonem.
— Byłeś tu tylko raz. Kilka lat temu, kiedy dopiero się zastanawiałam, czy kupić to mieszkanie — przypominam. Każde moje słowo jest przesycone jadem i nieukrytą kpiną. W innej sytuacji pewnie byłabym przerażona tym, że tyle we mnie nienawiści do własnego ojca.
On w ogóle się tym nie przejmuje. Uśmiecha się pod nosem, jakby nie słyszał, co właśnie powiedziałam.
— Mogę? — pyta, wskazując sofę.
— Proszę bardzo.
Siadam na pufie po drugiej stronie stolika, a nie obok niego. Rozsądek podpowiada mi, że to mało prawdopodobne, żeby nagle własny ojciec zechciał mnie zaatakować, ale wolę trzymać się na bezpieczny dystans.
Nie proponuję mu nic do picia. Nie dlatego, że z nerwów zapominam o dobrym wychowaniu, po prostu mam nadzieję, że zaraz zakończy tę niedorzeczną wizytę, wróci do swojego świata interesów i znów zapomni o tym, że ma córkę.
Niestety, póki co nie zanosi się na to.
— Co u ciebie słychać? — pyta po chwili niezręcznego milczenia.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. On naprawdę myśli, że możemy tak po prostu udawać, że nic się nie stało? A może skoro nie udało mu się groźbami, to teraz chce mnie przekonać do Lucasa w pokojowy sposób? Jeśli ma nadzieję, że tą zmianą taktyki uda mu się jeszcze coś ugrać w tej kwestii, to jest w błędzie.
— Nie udawaj, że nagle zaczęło cię to interesować — odpowiadam wciąż tym samym, oziębłym tonem. Nie wciągnie mnie w tę gierkę.
Chyba wreszcie dociera do niego, że nie zapomniałam o naszej ostatniej rozmowie, bo uśmiech schodzi z jego twarzy, a na jego miejscu pojawia się wyraz zmartwienia.
— No cóż, masz prawo być na mnie zła — wypowiada na głos swoje myśli, bo nie patrzy przy tym na mnie, tylko na swoje dłonie. Ignoruje moje prychnięcie i mówi dalej, tym razem zwracając się bezpośrednio do mnie — Chciałem cię przeprosić.
Zaskoczył mnie. Ale pomimo tego, że nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji, staram się pozostać czujna. Teraz mnie przeprasza, ale kto wie, czy nie po to, żeby za chwilę spróbować wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia? Dlatego w milczeniu czekam na jego kolejne słowa.
— Lucas nadal chce kontynuować naszą współpracę. Stwierdził, że potrafi oddzielić sprawy osobiste od zawodowych. Zdaje się, że ma więcej oleju w głowie ode mnie.
Wzdycha i przeciera czoło dłonią. Podnosi wzrok i wpatruje się we mnie w niecierpliwym oczekiwaniu. Jest wyraźnie zmieszany, a ja wcale mu nie współczuję.
— Jasne. Nie jestem ci już potrzebna w interesach z Lucasem, ale przepraszasz mnie, bo może w przyszłości do czegoś jeszcze ci się przydam — dzielę się z nim swoimi wnioskami.
Ma taką minę, jakbym go uderzyła. Krzywi się, a w jego oczach pojawia się żal. W niczym nie przypomina już tego pewnego siebie człowieka, jakim był kilka minut temu. Mam wrażenie, że może niesprawiedliwie go oceniłam, ale tylko przez chwilę. Potem przypominam sobie bezwzględność, z którą zawsze mnie traktował.
— Lisa, to nie tak. — Robi przerwę, żeby zastanowić się nad tym, co powiedzieć. — Przecież wiesz, że cię kocham. Myślałem, że będziesz z nim szczęśliwa i chciałem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie przyszło mi przy tym do głowy, że możesz go nie kochać.
Brzmi szczerze, ale ja wciąż nie mogę się do niego przekonać.
— Nie przyszło ci to do głowy, bo nigdy się mną nie interesowałeś.
Znów ten wyraz twarzy cierpiętnika. Irytuje mnie do tego stopnia, że nie mogę na niego patrzeć.
— Nie mów tak. Jesteś moim jedynym dzieckiem. Nigdy nie byłaś i nadal nie jesteś mi obojętna.
— Bo nie masz drugiego dziecka, które mógłbyś przehandlować w zamian za udziały w jakiś spółkach.
Tym razem chyba jestem trochę za ostra, bo przez długi czas milczy, trawiąc moje słowa.
— Przykro mi, że tak o mnie myślisz — mówi wreszcie, a w jego głosie słychać szczery smutek.
Czy to naprawdę możliwe, żeby mój chłodny ojciec posiadał drugie, wrażliwe oblicze? Ciężko mi w to uwierzyć, ale przecież właśnie tego dowodzi.
— Przez całe życie mnie w tym utwierdzałeś — odpowiadam i brzmię przy tym już nieco mniej pewnie. — Przypomnieć ci, że to ty wybrałeś mi studia i kazałeś zrezygnować z pasji, a ja nie miałam przy tym nic do gadania?
— Akurat w tym przypadku kierowałem się tylko i wyłącznie twoim dobrem. Przecież wiesz, jak niepewna jest kariera sportowca. Jedna kontuzja i zostałabyś z niczym. Bez wykształcenia, bez środków do życia, zdana na łaskę moją i matki. A przecież chciałaś być niezależna.
Ten argument brzmi zbyt sensownie, żeby udało mi się znaleźć na niego jakąś kąśliwą odpowiedź. Ojciec wyczuwa tę niepewność i wykorzystuje moje milczenie.
— Ostatnio za bardzo mnie poniosło, wiem. Zapomniałem się i twoja matka już mi to uświadomiła. Dlatego przepraszam cię za to, co wtedy powiedziałem. Nasz dom jest również twoim domem i jesteś w nim mile widziana. Nie chcę, żebyś się od nas odsuwała.
Zaczynam trochę wbrew sobie wierzyć w szczerość jego intencji. Zastanawiam się, co zrobić. Mogę przyjąć jego przeprosiny i spróbować mu wybaczyć. Ale mogę również kazać mu wyjść i nadal chować urazę. Urażona duma podpowiada mi, żeby wybrać drugą opcję i jestem tego bliska, dopóki nie przypominam sobie tego okropnego uczucia samotności, jakiego doświadczałam przez ostatnie tygodnie. Po zerwaniu z Lucasem, rozstaniu z Leah i kłótni z ojcem zostałam sama. A teraz mam okazję pogodzić się z ojcem i na nowo wypełnić życie ważnymi dla mnie osobami.
Mój ojciec nie jest najlepszym ojcem na świecie. Popełnił wiele błędów i źle mnie potraktował, ale to nie zmienia faktu, że wciąż jest moim tatą. Jedynym, jakiego mam. Mogę albo go zaakceptować, albo wykluczyć ze swojego życia. Druga opcja nie wchodzi w grę, bo potrzebuję go. Mimo wszystko.
— Nie potrafię tak po prostu ci tego wybaczyć — mówię po chwili zastanowienia, całkowicie wyzbywając się poprzedniego chłodnego tonu. — Straciłam przez ciebie kilka lat życia na bycie z Lucasem. — Nie wspominam o Michaelu, bo nie czuję się na siłach, żeby o nim rozmawiać.
— Rozumiem — odpowiada ze smutnym uśmiechem. — Postaram się być lepszym ojcem, chociaż wiem, że może już być na to za późno.
— Lepiej późno niż wcale — pocieszam go i próbuję przy tym odwzajemnić jego słaby uśmiech.
Przez chwilę przyglądamy się sobie w milczeniu. Ja próbuję ocenić, jak bardzo szczere były jego przeprosiny, a on zastanawia się, czy rzeczywiście udało mu się mnie choć w niewielkim stopniu udobruchać.
— Mam coś dla ciebie. — On pierwszy przerywa ciszę. Sięga do papierowej torby, o której w czasie rozmowy zdążyłam już zapomnieć i wyciąga z niej podłużne pudełko oklejone ozdobnym papierem. — Nie myśl sobie, że o niej zapomniałem. Po prostu cholernie ciężko było mi ją znaleźć — dodaje, wręczając mi pakunek.
Nachylam się nad stolikiem, żeby go od niego przejąć.
— Ostrożnie! — uprzedza mnie, kiedy zauważa, że zamierzam potrząsnąć pudełkiem.
Patrzę na niego niepewnie, a wtedy on kiwa głową na znak, żebym otworzyła prezent. Rozwiązuję srebrną wstążkę, a następnie zdejmuję papier.
Tylko jedna myśl przychodzi mi do głowy: to jakieś cholerne deja vu. W środku pudełka znajduję lalkę. Dokładnie taką samą, jakiej Erika oderwała kiedyś głowę. I identyczną jak ta, którą dostałam na święta od Michaela.
— Heidi — stwierdzam na głośno.
— Tak, to ona — potwierdza tato. W jego głosie słychać uśmiech.
Oczy zachodzą mi łzami. Nie wiem, czy przez wzruszenie gestem ojca, czy przez wspomnienie o Michaelu. A może z obu tych powodów? W każdym razie musi minąć dłuższa chwila, żebym była w stanie podziękować za tę niespodziankę.
— To bardzo miłe z twojej strony.
— Już dawno powinienem był ci ją dać.
Patrzę na niego z wdzięcznością, ale zaraz potem poważnieję, żeby nie myślał, że tą lalką odkupił wszystkie swoje winy. Ale on chyba dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że to niemożliwe, bo obiecuje, że nie poprzestanie na jednym prezencie.
Spędza u mnie jeszcze kilka minut. Wypytuje o nową pracę i moje plany na najbliższą przyszłość. Gawędzimy ze sobą jak ojciec z córką. Wychodząc proponuje, żebyśmy w przyszłą sobotę spotkali się na kortach i zagrali mecz. Wszystko jest tak, jak być powinno. Oprócz tego, że po jego wyjściu wciąż czuję pustkę, której w sercu kobiety nawet ojciec nie jest w stanie wypełnić.

*

Można powiedzieć, że ten rozdział jest z gatunku takich "zapychaczy". Nienawidzę ich pisać i dlatego wydaje mi się, że nie wyszedł najlepiej, ale to już ocenicie Wy.
Pisałam, że dodam rozdział jutro, ale robię to dzisiaj, świeżo po powrocie z Wisły. Po tak intensywnych dniach ciężko jest wrócić do normalnego trybu życia. Wciąż jestem rozemocjonowana i wciąż myślę tylko o tych konkursach. Spotkanie z cudownymi osobami, zdjęcia ze skoczkami (w tym z Michim <3) i Walterem Hoferem, oglądanie skoków na żywo, a do tego wygrana Maćka i Mazurek Dąbrowskiego śpiewany w tłumie kibiców - tego nie da się opisać słowami.  Cieszę się, że mogłam tam być i nie mogę się doczekać następnego takiego wyjazdu. Dlatego dodaję rozdział już teraz - dla tych z Was, które po weekendzie na skoczni czują się podobnie do mnie i już tęsknią za skokami w każdej możliwej postaci oraz dla tych, które nie mogły być w Wiśle - mam nadzieję, że trochę Was w ten sposób ucieszę i pocieszę, chociaż jesteśmy w takim momencie opowiadania, kiedy mamy więcej Lisy niż skoków, ale trzeba to przeżyć.
Następny rozdział spróbuję wyjątkowo dodać za tydzień, bo dokładnie 30 lipca minie rok od momentu, gdy na tym blogu pojawił się prolog. Niesamowite, jak ten czas szybko leci.
Na koniec chciałam jeszcze przeprosić za to, że znów narobiłam sobie u Was zaległości. Musicie mi wybaczyć, bo ogromną ilość czasu spędzam w te wakacje w pracy, a wolne chwile dzielę na znajomych i pisanie tego opowiadania, bo chcę je skończyć jak najszybciej. Ale postaram się zajrzeć do Was w międzyczasie.
To chyba tyle. Trochę się rozpisałam, ale było o czym. Ściskam Was mocno!! <3
PS. Jeśli macie ochotę, to podzielcie się w komentarzach wrażeniami z Wisły ;) 

12 komentarzy:

  1. Lisa, bejbe, moje słowa dopiero teraz dotarły do twojej mózgownicy? XD
    Cieszę się, że zdała sobie sprawę jak dzikie było jej zachowanie. Tak szczerze, to myślałam że już w tym rozdziale wprowadzisz Michiego, ale w zasadzie teraz doszłam do wniosku, że bardzo dobrze rozplanowałaś akcję, to byłoby zbyt szybko.
    Papcio odkupuje winy lalką. No powiedzmy, że ma choć trochę przyzwoitości, chociaż nie jestem do końca przekonana.
    Co ja się będę rozpisywać, czekam na Michiego XDD I oczywiście weny życzę :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zabije Cię. Ożywię. I każe pisać dalej. Błagam Cie. Torturujesz mnie.
    Ale od początku.
    Lisa. Zły pomysł z gatunku tych że się uchlam, problem zniknie i będzie spoko. Dobre na chwilę. Nie polecam. Szkoda mi jej. W życiu nie sądziłam że samotność ja zje. Ba! Życzyłam jej tego! Ale szkoda.
    Ojciec. Przynosi lalkę. Przeprasza. Coś mi śmierdzi. Albo jestem przewrazliwiona.
    Michi. Ciekawe jak on się czuje z tym wszystkim. Wraca do zdrowia. Ale ciekawe jak reaguje na rozstanie z Lisa. Cierpi? Na pewno. Kocha ją.
    Oczekiwania.
    Chce Michiego! :)
    Chce żeby byli razem bez względu na głupoty Lisy!
    Chce następny rozdział!
    Życzę Ci weny i w okropny sposób zapraszam do siebie jak tylko będziesz chciała :)
    Pozdrawiam ;)
    I zazdroszczę, że go zobaczylas na żywo

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej!
    W Wiśle nie byłam a nawet gdybym chciała - ie byłoby opcji żebym tam była... więc do rzeczy :D
    Rozdział napisany świetnie, za każdym razem jestem zachwycona twoim stylem pisania, więc to nic nowego :D
    Hmmm... Przez cały rozdział chciałam się zmusić do współczucia Lisie... i nie wychodziło w ogóle ;D
    ie mam z nią wiele wspólnego, nie pałam do niej sympatią i nie wiem co musiałoby się stać, bym ją polubiła bardziej :D
    Ojciec wyciągnął do niej rękę jeeeej.... nawet ie wiem co powiedzieć... albo zmądrzał, albo coś chce, nie jetem w stanie przewidzieć :D Może znalazł Lucasa 2.0? o.O
    Mam nadzieję, że z Michim wszystko w porządku :( Czekam na niego z utęsknieniem...
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Zachowanie ojca podejrzane, dlaczego teraz dał jej tą lalkę, a nie wczesniej. Interesy z Lucasem idą dobrze to przyleciał żeby ją przeprosić, gdyby Lucas nie zdecydował się na wspólpracę z nim to jego reakcja byłaby inna. Może użył tej lalki jako karty przetargowej, hmm kto go tam wie.
    Lisa jest głupia czy tylko udaje taką, mogła wysłać mu smsma z życzeniami urodzinowymi, wtedy wiedziałby,że jej na nim zalezy, a tak to mysli,że był tylko zabawką w rękach wyrachowanej dziewczyny. Już pomijam fakt,ze nie spytala się jak się czuje, kompletna ignorancja. Niby studiuje medycynę,ale z myśleniem u nej trudno. I bedzie teraz czekać aż Michi się pierwszy do jaśnie pani odezwie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć :D
    Zapychacze też są potrzebne :D Nie masz pojęcia jak podsyciłaś napięcie :P Czekam mega niecierpliwie na kolejny :D
    Dobrze, że jej ojciec poszedł po rozum do głowy. Mimo wszystko gdzieś nadal ciężko mi uwierzyć, że tak zwyczajnie zrozumiał swój błąd. Na miejscu Lisy bym tak łatwo nie odpuściła. Ale dobrze, że ona jest mniej uparta :D
    Te wypady do klubu to poroniony pomysł xD Totalnie nie Lisa. Nie jej świat. Ale przynajmniej zrobiła coś innego niż wegetowanie w mieszkaniu.
    Oby Michi jechak chciał to odbudować. Żeby zatęsknił. Brak tutaj go :D
    Zazdroszczę Wisły! Mega cholernie! :D Ale wiem, że się dobrze bawiłaś i to najważniejsze :D Może mnie też się kiedyś w końcu uda pojechać, a nie rozpaczać przed tv :P
    Jak już mówiłam, czekam niecierpliwie :D
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  6. No dobra, dwa dni minęły w końcu się ogarnęłam żeby przeczytać ten rozdział. Mam takiego strasznego kaca poskokowego, że prawie płaczę i błagam czy możemy tam wrócić? A jak czytam to opowiadanie to płacze jeszcze bardziej, bo staje mi przed oczami Michi, którego widziałam jeszcze dwa dni temu co chwilę w tej Wiśle gdzieś.
    Zapychacz zapychaczem, ale takie rozdziały też są potrzebne. Jakby Lisa zaraz poleciała do Michiego to byłoby to nienaturalne, a pisanie szybko byś skończyła. Ok, wtedy to dopiero bym płakała. Poza tym dziewczyna podkuliła ogon i uciekła, a biedny facet pewnie też oczy sobie w ciemnościach wypłakuje. O ile zakład, że pewnie zrobiłabym tak samo? Lisa namieszała to lepiej było zniknąć, skoro myślała, ze tam już nikt jej nie chce. Przynajmniej tata Lisy ogarnął dupę, chociaż pewnie gdyby nie Lucas, który nie wywalił go ze spółki facet nie kiwnąłby palcem żeby pogodzić się z córką. No ale teraz to już czekam na Hajbeka, pogodzenie się i wspólne życie długo i szczęśliwie. Ale to dopiero za 5 rozdziałów. Albo 10? Nie chcę żebyś to kończyła;< Co ja będę czytać jak na necie jest pełno gniotów i żeby znaleźć coś dobrego trzeba się naprawdę pomęczyć.
    Ps Twoje zdjęcie z Michim to wciąż goal nad goale, jest perfekcyjne, a oboje jesteście tak piękni, że krzyczę♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj!
    Wyciągam jeden wniosek - Lisa kompletnie nie nadaje się do życia, jakie prowadzą jej koleżanki. I bardzo dobrze. Podoba mi się u niej to dążenie do znalezienia idealnego faceta, przy którym można byłoby się rozwijać i który stałby się partnerem na całe życie. Widocznie ona już przeżyła ten etap szaleństw i poddawania się każdej chwili, posiada zupełnie inne potrzeby i priorytety. Obawiam się jednak, że jej ideałem był Michael i jeśli szybko czegoś z tym nie zrobi, to rzeczywiście go straci. Nie może być na pewno taka bierna!
    Cieszę się, że wreszcie pogodziła się z ojcem a Meyer powiedział jej coś, co powinien zrobić wiele lat temu. Przeprosił ją i jak się zdaje, całkiem szczerze. Nie można też wymagać od niego czegoś wiecej, w końcu pierwszy raz decyduje się na taki gest. Pierwszy raz coś zrozumiał. Najwazniejsze, że zamierzają poprawić swoje stosunki a być może kiedyś naprawdę się zaprzyjaźnią.
    Ja również wróciłam z Wisły i mam świetne wspomnienia. Udało mi się dotrzeć na imprezę ze skoczkami i niestety potwierdziły się wszelkie historie, jakich doszukałam się na różnych forach. Jestem trochę zdegustowana postawą samych skoczków (pewne nazwiska mnie rozczarowały) a już w ogóle dziewczyn, które zrobiły z siebie delikatnie mówiąc "panny lekkich obyczajów". Jak się okazało, nawet ci, którzy posiadają dziewczyny/narzeczone w swoich krajach nie byli wierni. Ale to temat rzeka... Najważniejsze są sportowe emocje, ta atmosfera i wygrana Maćka. Zdecydowanie przezyłam cudowne chwile!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ha, chętnie podzieliłabym się wrażeniami z Wisły, ale takowych nie posiadam :-( Te kilka dni było dla mnie trudne do zniesienia, bo cały czas towarzyszyła mi myśl, że mogłam tam być i tak niewiele brakowało, a jednak nie było mnie tam. Ale to nic :-) Uda się innym razem :-)
    Teraz rozdział. Lisa po rozstaniu z Lucasem nagle trafiła jakby do innego świata. Wszyscy ludzie, których kiedyś znała stali się innymi ludźmi. I to nie z ich winy, tylko z jej, bo to ona zaczęła ich inaczej postrzegać. Zauważa, że nie pasuje do przyjaciółek. Drażni ją ich zachowanie i nie potrafi z nimi spędzać czasu. Ona chce żyć inaczej. Nie dziwię się, że czuje się samotna . Ojciec wybrał bradzo odpowiedni moment na pojednanie, choć Lisie trudno było uwierzyć w to, co się dzieje. Ojciec aż tak się poniżył, że przeprosił córkę za swoje zachowanie? To wydaje się takie do niego niepodobne, a jednak.. Dobrze się stało, że Lisa jednak mu zaufała, choć tą lalką to chyba próbował ją przekupić ;-) Pogodzenie się z ojcem nie dało jej całkowitego szczęścia, bo.....wciąż czuje się sa,otna. Przydałby się jej porządny facet. Najlepszy byłby Michi, ale to chyba nie jest zbyt realne. Musiałaby wykonać jakiś krok, ale czy ją na to stać? To takie trudne.....
    Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam! :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Oj tam, jakie nie wyszedł najlepiej, toż to w sumie z góry wiadomo, że jak nie ma Michiego, to i rozdział nie tak ekscytujący, ale nie powiedziałabym, że od razu gorszy. Po prostu całkowicie skupia się na Lisie i jej powrocie do normalnego życia. Z jednej strony szkoda mi Lisy niebywale, bo tak naprawdę ta jedna decyzja sprawiła, że runęło wokół niej wszystko, ba, że nawet znajomi okazali się interesownymi i żądnymi sensacji ludkami, a nie kimś, kto byłby gotowy wesprzeć Lisę w tym ciężkim czasie. Ale z drugiej strony może lepiej, że ta pełna weryfikacja życia Lisy nastąpiła właśnie teraz. Bo Lisa moglaby to wszystko ciągnąć i ciągnąć, ale to z pewnością nie prowadziłoby do jej rzeczywistego szczęścia, ba, na dłuższą metę zupełnie by ją wykończyło. Cieszę się, że pojawił się ojciec Lisy, bo wydaje mi się, że obok straty Michaela to właśnie ta sytuacja z tatą najbardziej Lisę bolała. A teraz wygląda na to, że ta druga sprawa powoli się prostuje. Wiadomo, to nie tak, że od razu Lisa rzuci się tacie w ramiona i nagle staną się uroczą parą ojciec-córka, ale ważne, że tata wykonał pierwszy krok, że (przynajmniej na to wygląda) zrozumiał swój błąd, że przede wszystkim dostrzegł jak Lisa się w tym wszystkim nieszczęśliwie czuła. No i ta lalka, naprawdę miły gest!
    Zazdroszczę Wisły, ja w tym roku nie mogłam jechać, bo praca :(
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. Wow, widzę, że po rozstaniu z Lukasem Lisa stała się zupełnie innym człowiekiem. Wydaje mi się, że lepszym. :) Może czuć się troszkę zdezorientowana i jakby... w innym wymiarze, bo właściwie chyba dopiero teraz zrozumiała, że jest inna niż wszystkie koleżanki. Wydaje mi się, że jest bardziej dojrzała.
    W końcu doszło do tego, czego chciałam! :D W końcu pojednała się z ojcem. A może powinnam powiedzieć, że to on w końcu zmądrzał? Bo tak mi się wydaje. :) Zrobił krok, który powinien wykonać już dość dawno temu... ale jak to mówią: lepiej późno niż wcale. :) Teraz Lisa wie, że może polegać na ojcu. I już ma jeden promyczek szczęścia. :)
    A co z kolejnym? Ona musi się jakoś zebrać w sobie i zawalczyć o Michaela. Bo nie bójmy się tego powiedzieć, straciła go na własne życzenie. :( Jednakże teraz odnoszę wrażenie, że dojrzała. Jakby te wszystkie wydarzenia coś w niej odblokowały.
    Mam nadzieję, że po pięknej zgodzie z ojcem przyjdzie na piękną zgodę z Michaelem. :) Oj, bardzo, bardzo bym tego chciała! ^^
    Rozdział jak zawsze cud, miód, orzeszki... ♥ Możesz się ze mną podzielić choć cząstką Twojego talentu? :))
    Czekam na następny! :*
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Melduję się! Przepraszam, że to tak długo trwało, ale ostatnio jakoś nie mogłam się za nic zabrać...
    Kochana, rozdział jest cudny, także powinnaś być z niego naprawdę zadowolona ^^
    Widać, że ojciec Lisy w końcu zrozumiał pewne sprawy, zmądrzał, znalazł swój rozum, ale... no nie wiem, ja nie jestem tak w pełni do niego przekonana. Niby zrobił jakiś krok do przodu w ich relacjach, ale ja nie potrafiłabym chyba tak szybko zaufać.
    Lisa też z drugiej strony sama zupełnie się zmieniła. Po tym rozstaniu z Lucasem jest totalnie inną osobą. Ale chyba tak nie za bardzo pasuje do swoich przyjaciółek. W sumie to dobrze, widać, że jest zdecydowanie bardziej dojrzalsza niż one.
    Pozostaje nam teraz pytanie, co z Michaelem. Ja jednak mam nadzieję, że wszystko między nimi będzie dobrze i się ten cały bałagan jakoś poukłada :)
    A co do Wisły, ja jestem bardzo zadowolona. Jak dla mnie, to był mój najlepszy wyjazd na skoki. Było genialnie! Dawno się tak świetnie nie bawiłam. Tak swoją drogą, kochana, chyba gdzieś cię widziałam na skoczni podczas konkursów :)
    Weny!
    Buziaki :**

    OdpowiedzUsuń
  12. Hej!
    Wiem jak duże mam opóźnienie i bardzo za nie przepraszam. Wiesz dobrze, że przecież czekam na rozdziały i czytam je od razu. Tylko te komentarze.. ale ty wiesz, że jestem z Tobą, zawsze? To dobrze, że wiesz.
    Lisa próbuje mi coś wmówić. Mówi, że wraca do życia. Może to i prawda, może wraca. Tylko jakie to życie jest? Niby z jednej strony lepsza, bo nie ma Lucasa, który był kulą u nogi i nie ma ojca, który miał przecież tak wyniszczający wpływ na nią. Niby powinno być lepiej, ale nie jest, bo brak najważniejszego – Michaela. Boli nieobecność. Brak jego przy niej i tego, że jej nie ma przy nim teraz, gdy mu pewnie ciężko. Lisa ma racje, samotność dusi i może zabić. Cytując klasyka, z tej samotności to straszna trwoga. Ja się jej boję i czasem w jakieś panice chwytam się wszystkich. Chwytam się ludzi rozpaczliwie. I Lisa też się chwyta ludzi, których normalnie by odrzuciła. Ale teraz stoi pod ścianą, z głową przy niej, zatykając nos. Bez tlenu. Może desperacja, a może wreszcie walka o siebie. I wyjście, rozmowy, powoli przestaje być zombie. I ma wreszcie odwagę, żeby powiedzieć, że nie jest z Lucasem, nie martwi się, co ludzie powiedzą, czy ją wyśmieją, czy obgadają. Zmiany, widzę zmiany, tylko czemu tak późno?
    Chociaż sama nie wiem, czy to wyjście Lisy do klubu było jakimś wybitnie dobrym pomysłem. Może to element terapii, budzenie się? To się obudziła, pijana i smutna. I ja sama nie wiem, co jest dla niej dobre? Praca i samotność? Może lepiej, żeby zadzwoniła do Michaela w dniu jego urodzin? On by się poczuł inaczej, może lepiej, może przyjemniej, może czekał na to z utęsknieniem. Ona odeszła, a on skąd ma wiedzieć, że tego nie chciała? Gdyby zadzwoniła, gdyby coś zrobiła to może.. ale z drugiej strony to dlaczego Lisa? On mógłby też portki założyć. Ja wiem, że chory, po wypadku, ale telefon do ręki wziąć umie. Może już nie chce? Co nie zmienia tego, że sytuacja była wymarzona. Mogła chociaż posłuchać jego głosu. Mogła i chciała, ale nie zrobiła. Echhh.
    Za to tatuś zaskoczył i to tak konkretnie. Niby przeprosił, niby wyraził skruchę, no ale.. ona ma rację. Zrobił to, gdy okazało się, że Lucas nie zamierza go olać. Machnął, więc ręką i uznał, że skoro Lisa nie przeszkadza w zarabianiu milionów to co szkodzi? Można przeprosić dla świętego spokoju. Zagrać dziewczynie na uczuciach, podarować jej lalkę jako symbol dzieciństwa i koniec. Wszystko załatwione. Zapłacił, urobił, pogadał, można iść pograć w tenisa.
    Tak. Jestem cholernie niesprawiedliwa. Trudno.

    Wiem, że komentarz wątpliwej jakości, wybacz.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy